niedziela, 14 czerwca 2026

Wycieczka 12 czerwca 2026.

Dzień dobry, od kilku dni pada deszcz. Jest on bardzo potrzebny, bo susza zaczęła dokuczać. Jest też okazja,żeby zaszyć się w domu i wykonać zaległe czynności, a także napisać post na blogu. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Witam nowego obserwatora mojego bloga- Gila. Dziś chciałabym napisać Wam o wycieczce, którą miałam okazję niedawno oprowadzać po Tumie, Grodzisku i Skansenie w Kwiatkówku. Mam nadzieję,że Wam się spodoba moja opowieść.
Któregoś dnia na początku tygodnia zadzwonił do mnie kolega K. z panią O.,że mają do mnie prośbę i jestem ich ostatnią deską ratunku. Okazało się,że proszą mnie o oprowadzenie po Tumie i skansenie w Kwiatkówku grupy dzieci klasy 4-8 szkoły podstawowej. Początkowo nie chciałam się zgodzić, bo dawno nie oprowadzałam. Wiązało się to bowiem najpierw z siedzeniem w książkach w celu przypomnienia sobie całej gamy informacji potrzebnych na taką okazję.Ale,że prosili i prosili w końcu się zgodziłam, bo zawsze bardzo lubiłam to oprowadzanie po zabytkach, a praca z dziećmi to dla mnie mega przyjemność. Owszem miałam świadomość,że minęło trochę czasu, a dzieci i technologia to już trochę mieszanka wybuchowa. Jednak uważam- zacytuję tu słowa Krzysztofa Dziermy słynnego księdza z serialu podlaskiego "U Pana Boga w ogródku"- Czasy są inne,ale jakby te same. Co w dalszej części dostosuję do konkluzji z tej wycieczki. A zatem obłożyłam się książkami. Zaczęłam od " Dziejów Polski" tom 1 do 1202 roku Andrzeja Nowaka, dalej przejrzałam pożyczoną z biblioteki kupkę książek między innymi " TumJest. Archikolegiata w królewskim Tumie" księdza Piotra Nowaka, a skończyłam na " Życie w chłopskiej chacie" Kamila Janickiego. Byłam już fest zaczytana i zagłębiona w testamnent Wybrańca Marsa czyli Bolesława Krzywoustego, gdy zadzwoniła do mnie pilotka tej wycieczki- Dzieci 45, klasy od 1- 4, główne zainteresowanie - szukanie na kolegiacie śladów diabła Boruty. Na wielką historię oczywiście szkoda czasu, bo trzeba dzieci bawić,bawić i ewentualnie trochę czymś zaciekawić.Miałam na to 2 i pół godziny. I jeszcze wizyta na Grodzisku. Gwoździem programu tej wycieczki miała być wizyta w kopalni soli w Kłodawie. A zatem wszystkie opasłe tomiszcza poszły w kąt, na wierzchu została tylko niewielka objętościowo monografia o Tumie księdza Piotra Nowaka. Mogliśmy się bowiem nie we wszystkim zgadzać, ale okazało się,że ksiądz Nowak na końcu swojej książki zamieścił swoje ulubione legendy o diable Borucie, dokładnie te, które były mi potrzebne.
Po godzinie 8 rano wyznaczonego dnia wskoczyłam na swój rower i pojechałam najpierw zrobić krótki rekonesans w miejscu wycieczki. Było wcześnie, na skansenie tylko ochrona i między innymi S. który jako jedyny z dawnej skansenowej ekipy nadal tam pracuje. Usiadłam z nimi, S. zrobił mi herbaty. Czas szybko biegnie, gdy się gawędzi.Przy okazji zebrałam kilka szczegółów technicznych. Nigdy niewiadomo, co się może przydać. Poprosiłam S. o wykład na temat pozyskiwania torfu i garść ogólnych informacji o tym roślinnym zasobie, zapytałm też o sposób wykonania polepy w wiejskiej chacie. Dostałam dokładne informacje, treściwie i krótko podane. Przed 10 przeszłam pod Kolegiatę i zaczęłam czekać na wycieczkę. Zajrzałam też do Kolegiaty. Ksiądz usadził wycieczkę dorosłych w ławkach i opowiadał z ambony historię kolegiaty. W tym czasie ktoś otwierał mały, drewniany kościół Św. Mikołaja, więc była okazja tam zajrzeć, zanim wejdą tam ludzie z wycieczki. Autobus z dzieciakami, pilotką i nauczycielami pojawił się na horyzoncie z małym opóźnieniem. Kiedy wszyscy wyszli z autokaru, przywitałam się i zaczęłam swój program. Kierowcę skierowałam na parking skansenu, bo ten duży pod kościołem był już zajęty. Okrążyliśmy Kolegiatę, bo główne ślady znajdują się od strony południowej. Zanim powiedziałam legendę krótkie wprowadzenie i jednak trochę informacji historycznych. W przypadku dzieci monolog się nie sprawda, bardzo dobre są pytania aktywizujące i metoda zwana " burzą mózgów". Zagadek było sporo, a czas leciał. Jako,że kolegiata stała otworem postanowiłam z dzieciakami wejść do przedsionka i powiedzieć im trochę o słynnym romańskim portalu północnym. Zwróciłam im uwagę na to,że ludzie w średniowieczu nie umieli pisać i czytać dlatego musieli oglądać najważniejsze historie ukazane w obrazkach. Dziś historia zatoczyła koło i znowu jest dużo obrazków, dlatego tak ważne jest,żeby umiały pisać odręcznie, liczyć w pamięci i czytać książki. W tym czasie przyszedł ksiądz i polecił,żebyśmy weszli do kościoła, on zaraz przyjdzie do nas. Usadziłam dzieciaki w jednym rzędzie ławek i zaczęłam im zwracać uwagę na najważniejsze detale budowli. Potem zaczęliśmy testować konfesjonał dla trędowatych. Właśnie byłam w toku, las rąk w górze, gdy przyszedł ksiądz.- A co to za konkursy tu się odbywają?. Popytał dzieci o I komunię i miejscowość, z której przyjechali. Jak zdążyłam się zorientować najwięcej na wycieczkę przyjechało pierwszoklasistów. Jeden dzieciak wstał i powiedział- Ja jestem ateistą i u żadnej komunii nie byłem.
Czas gonił i ruszyliśmy na grodzisko. Trzeba było uważać,bo po ostatnich deszczach droga na niektórych odcinkach zrobiła się błotnista.A błoto było dość gęste, można tam było zostawić buty. Dodatkowo rozjeżdżały ją wcześniej maszyny ciężkiego sprzętu. Zanim weszliśmy na teren grodziska obejrzelimy i omówiliśmy je sobie z pewnej odległości. Na koniec dzieci zgadywały ile mogła kosztować taka rekonstrukcja. Nikt nie zgadł. A to ,że kosztowała 12 milionów złotych wzbudziło ogólny podziw. W środku zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Ale było tam na to sporo miejsca. Pozwoliłam im wejść na wieżę, a wcześniej kazałam przyjrzeć się pierścieniowi Ksieżnej Salomei na dużym zdjęciu i zapamiętać jak wygląda, by móc go swoimi słowami opisać. Kolejny hit po szukaniu śladów diabła Boruty- machanie z wieży do wszystkich, którzy stali na dole. Jak zeszły zarządziłam zabawę zespołową w "Trzeciaka". Kiedy w pełni pojęły reguły były zachwycone, ale znowu czas naglił i trzeba było ruszyć do skansenu. Błoto robiło się trudne do przebycia, musieliśmy iść gęsiego po miedzy. Ekipa składająca sie z kilku ludzi i maszyny kończyła właśnie drewniany pomost plus minus 150 metrów łaczący drogę z drewnianą ścieżką szlaku edukacyjnego. Z pierwszej deski tego nowego pomostu wystawała dość duża śruba, którą sympatyczny pracownik przykrył butem,żeby nikt z wędrowców nie doznał szkody na ciele. Ścieżka wije się łąkami tworząc prawdziwe meandry. Ta trasa do grodziska ze skansenu ma około 2 kilometrów.( i co zrozumiałe- w drugą stronę tak samo) Jest przepiękna. Wszystkie trzy obiekty doskonale widoczne- z tyłu Grodzisko, z boku Kolegiata, z przodu skansen z wiatrakiem- koźlakiem. A wszystko w bliskim kontakcie z przyrodą.Dzieci nie wzięły ze sobą niczego, nawet kurtki nie były potrzebne.Jakby specjalnie dla nas - okno pogodowe, słonecznie, ciepło, ale nie gorąco. Mogły mieć ze sobą picie, bo po drodze stękały. Oczywiście cały czas ich słuchałam i rozmawiałam z nimi, z tymi co szły blisko mnie. A były i takie pytania oczywiście- Proszę panią, kiedy dojdziemy? Kiedy pojedziemy do kopalni, o której pojedziemy do kopalni, ja chcę pić, ja chcę siusiu...Nagle usłuszałam ptaka w zaroślach. Przystanęliśmy i zamarliśmy w ciszy. Ptak ponowił swoje trele. I jeden głos w tej ciszy- Technologia! - Ja Ci tu dam technologię- powiedziałam- to żywy, prawdziwy ptak śpiewa. Przed dojściem do skansenu był jeszcze jeden ciekawy incydent. Schwyciłam chłopca za łokieć, bo by się przewrócił- Ja cię bardzo przepraszam,że musiałam to zrobić, bo byś upadł. Spojrzał na mnie- Nie lubisz,żeby Cię dotykać? A on- Bardzo lubię!
W skansenie zaczęliśmy od oglądania kuźni, widziałam,że już są trochę zmęczeni. Między kuźnią, a olejarnią była mała łączka, zarządziłam mały odpoczynek i stwierdziłam- Moi drodzy, nie chcę Wam już truć, ale parę słów o ginących zawodach muszę Wam powiedzieć oraz to, co w tym skansenie jest do obejrzenia. Zapytałam panie, czy dzieci mam wprowadzić do młyna wiatraka- koźlaka - A po co, były już na wieży w Grodzisku. Ok. Zatem otworzyłam im " sklep" czyli ziemiankę i zaglądały do środka. Podszedł do mnie chłopiec i poskarżył się,że ktoś go ciągle popycha. Zapytałam jak ma na imię, no Staś. Krzyknęłam głośno- Nie wolno popychać Stasia! I mnie też i mnie też, i mnie też- odezwały się inne głosy.Było jak w banku,że Staś bedzie przychodził do mnie z każdą głupotą, ale po to tam byłam.Potem zajrzeliśmy do obórek i stodoły. Powiedziałam,że środek, gdzie wykonywało się wszystkie prace gospodarcze to boisko. Kiedy oglądaliśmy maneż na podwórku przybiegły dziewczynki- Proszę panią, proszę panią coś się stało! Dziewczynka siedziała na trawie i zanosiła się płaczem- Ja mam alergię a tu tyle trawy. - Brałaś tabletkę. Okazało się,że tak i jeszcze ma w autokarze. Ale to już nie była moja rola,żeby z nią lecieć do autokaru. Weszliśmy do chałupy, a tam zaczęły się utyskiwania na kurz. - Ja mam alergię na kurz, i ja i ja...- Nie przesadzajcie, tu dopiero co było dokładnie sprzątane i odkurzane. Ale dobrze, zaglądamy do kuchni i pokoju i wychodzimy. Po wyjściu studnia, na dnie trochę wody wskutek czego żuraw zabezpieczony tak,żeby nie można było umieszczać w studni wiadra. Ale kolejny hit- zaglądanie do studni i gapienie się w to co było tam widać. Pracownik skansenu stał przy nich i z nimi żartował. Ja zajęłam się płaczącą dziewczynką, bo stała i ciągle "buczała"- Chodź, odpoczniesz trochę na leżaku. Leżaki stały trzy, a na nich rozwalaliy się chłopcy. Mówię do tego, który miał leżak w cieniu- Słuchaj musisz zejść, bo ona nie jest w formie i musimy jej poprawić nastrój! O dziwo, zszedł bez jednego sprzeciwu. A dziewczę natychmiast przestało płakać i z błogim wyrazem twarzy ułożyło się na leżaku. W międzyczasie doszedł do nas Staś- O, proszę panią, ten powiedział na mnie to, a tamten to... Chłopcy- Nie, proszę panią, nic takiego nie mówiliśmy!- Jesteście z jednej klasy?- Nie. - I dzięki Bogu- pomyślałam.- Tymczasem jest wycieczka i ma być fajnie. Proszę podać Stasiowi rękę na zgodę. I więcej mu nie dokuczać. Dzieci zebrały się pod wiatą i obok, zaliczyły sławojkę. Do sklepiku nie było po co ich prowadzić, bo nie wzięły z autokaru pieniędzy. Pilotka pani Dorotka ustawiła je parami, pożegnałam ich ładnie, życzyłam niezapomnianych wrażeń w kopalni. Sama usiadłam na ławce obok męża zmęczona jak Quń po rodeo. - Ty to jednak przesadzasz, miałaś robić za przewodnika, a wzięłaś na siebie wszystkie możliwe funkcje. Co zrobić, gdy pracowałam w skansenie, to było normą. Wychowawcy znikali, a ja z innymi pracownikami skansenu zajmowaliśmy się dzieciakami.
A co do konkluzji. Czasy są inne, dzieci więcej wiedzą o technologii i AI, i tym podobne, ale są tylko dziećmi. Potrzebują uwagi dorosłych, choćby krótkiej rozmowy, zainteresowania ich sprawami, wysłuchania.I trochę żartów i humoru też trzeba. A jak płaczą, naprawdę płaczą, to nie wolno ich zostawiać samych, bo nigdy nie widomo czy to poważny problem zdrowotny, panika, histeria, hipochondria czy po prostu muchy w nosie. A czasem wystarczy " mały plasterek", który działa jak antidotum na nagłe smuteczki i całe zło. I tym akcentem zakończę dzisiejszy post. Pozdrawiam Was serdecznie. Miłej niedzieli i udanego przyszłego tygodnia.

8 komentarzy :

  1. To się namordowałaś, faktycznie. Ale wycieczkę im urządziłaś super. Będą opowiadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię taką mordęgę, dla mnie to sama przyjemność, jestem w swoim żywiole.
      Nie zapominaj ,że gwoździem programu miał być pobyt w kopalni soli w Kłodawie. Na to czekali, a co opowiadali po powrocie z wycieczki- kto to wie?!
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Mimo całej tej technologii, telefonów i AI dzieciaki wciąż reagują dokładnie tak samo jak kiedyś – chcą być zauważone, wysłuchane i mieć poczucie, że ktoś traktuje ich serio. Trochę się nawet nie zgadzam z opinią, że dzisiejsze dzieci są „gorsze” czy bardziej oderwane od świata, bo z tej relacji wynika raczej coś odwrotnego. Swoją drogą, ten tekst o ptaku i odpowiedź „technologia!” naprawdę mnie rozbawiły

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję,
      Ja też tak myślę, że dzisiejsze dzieci wcale nie są gorsze, żyją po prostu w trochę innej rzeczywistości. W rezultacie ich zaangażowanie może wymusić zmiany w systemie oświaty.
      Już nie ma tego posłuszeństwa, co kiedyś. Dziś wszystko muszą dotknąć, sprawdzić jak działa i potrafią otwarcie mówić o swoich oczekiwaniach, choćby zachowaniem.
      Jeżeli nauczyciel jest dla dzieci, a nie odwrotnie, wymaga to przede wszystkim aktywnego zaangażowania od nauczycieli, dostosowania się do obecnych potrzeb, bo narzekanie, że kiedyś było inaczej, lepiej, prościej i wygodniej na niewiele się zda.

      Usuń
  3. Dzieciaki miały ogromne szczęście, że to właśnie Ty byłaś ich przewodniczką. Zamiast nudnych faktów dostały prawdziwą przygodę z Borutą w tle, z zagadkami i bieganiem po miedzy.
    Dobrze, że pogoda Wam dopisała:-)
    Miłego tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Ale miałam trochę strachu na tej błotnistej drodze. Jeden z dzieciaków wszedł i czarno to zobaczyłam, bo jego jasne adidasy zaraz były mocno zabrudzone.( moje zresztą też) Miały przy okazji czarno- na białym, że nie można wychodzić przed szereg, niech przodem idzie dorosła osoba, bada teren i podejmuje stosowne decyzje.
      Sama nie mogłam w to uwierzyć, ale od rana do popołudnia słońce i wprost wymarzona pogoda na nasz " rajd terenowy" Popadało dopiero późnym popołudniem.
      Miłego tygodnia.

      Usuń
  4. Ale opowieść, nie wiedziałam, że oprowadzałaś wycieczki po tych obiektach, a byłam tam dwa razy, z Tobą byłoby ciekawiej!
    Dzieci w każdym wieku potrzebują uwagi, często biblioteka była takim konfesjonałem ;-)
    Nawet pogoda Wam sprzyjała, cudnie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale super! Dzieciaki z pewnością zapamiętają wszystko na długi i to dzięki Tobie :) Jesteś niesamowita!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń