piątek, 6 lutego 2026
Zima stulecia.
Dzień dobry, w zimowy weekend. Witam nowych obserwatorów mojego bloga- Magdalenę i Andrzeja. Niedawno dwie osoby przestały obserwować moją działalność na blogu, a wkrótce potem doszło dwoje nowych obserwatorów.A zatem - jest dobrze. Widać życie rzeczywiście nie lubi próżni i stara się, aby wyszło na plus. A może bardziej- żeby była równowaga, która tak naprawdę jest najistotniejsza w całej przyrodzie, więc na blogu też. I jeszcze jedna uwaga organizacyjna. Może zdarzyć się,że z opóźnieniem odpowiadam na komentarze u mnie i dopiero po pewnym czasie chodzę z rewizytą. Ja się nie spóźniam, po prostu funkcjonuję w swoim tempie. Zresztą blog to nie FB, Istagram, ani Tik Tok. Pasuje mi tutaj, dlatego ciągle tu jestem mimo upływu lat. Tematy sami mi podsuwacie. Dziś będzie o zimie stulecia 1978/ 1979.
Przywieszka od kokonków w małym ceramicznym pojemniku w kształcie choinki. Zima jaka jest w Polsce- wszyscy widzą. Ostatnio seria niskich i bardzo niskich temperatur przetoczyła się przez kraj, zaliczyliśmy też pare " szklanek", gdy nagle marznący śnieg i deszcz zamieniał chodniki w lodowe ścieżki, na których najlepiej czuliby się chyba panczeniści. Tymczasem zanim ruszyli panowie z wiadrami piasku i soli, skoro świt szlaki przecierały czworonogi i ich właściciele.
Było już tak, że wprawdzie mróz był duży, ale śniegu prawie tyle co nic.A potem temperatura się podniosła i w nocy spadł śnieg. Utrzymał się w pięknym białym kolorze dzień dwa, a potem gdy w dzień temperatura zbliżyła się do 0, zaczął się topić. Teoretycznie trudno przewidzieć, co jeszcze nam ta zima przyniesie... Niektóre dni są tak ponure, że słońca nie uświadczymy nawet na chwilę. A w domu już przed południem trzeba zapomnieć o oszczędzaniu energii elektrycznej i zapalić światło.Normalne. Ale już normalne nie jest, gdy jednego dnia jest - 20 stopni, a następnego dnia 0, albo coś na plusie.Ten pogodowy rollercoaster czują dotkliwie ludzie "18+". Skarżą się na bóle głowy, mgły mózgowe, bóle nóg i kolan, co i rusz dopada kogoś rwa kulszowa.O grypie nie wspomnę.
Ktoś powie- Był czas przywyknąć! Ani mróz, ani śnieg nie jest u nas nowością. Jednak jest pewne Ale. Jeszcze niedawno te zjawiska miały zupełnie inny przebieg. Pamiętam zimy, które miały swój początek w listopadzie i koniec w kwietniu, nawet tu w centralnej Polsce.Zima się po prostu zaczynała, trwała i kończyła na przedwiośniu. Zdarzały się i takie zimy, których najstarsi Górale nie pamiętali. Taka była właśnie ta na przełomie 1978 i 1979 roku.
Pamiętam w poranek sylwestrowy wysłali mnie domownicy po gazetę. Szłam od kiosku Ruchu do kiosku, bo akurat tego tytułu brakło. Śnieg sypał coraz większy i większy. W mgnieniu oka tworzyły się gigantyczne zaspy. Oh, jak mi to pasowało! Czułam się jak polarnik na Biegunie południowym. Co tam,że wiało , co tam, że sypało śniegiem, im trudniej tym lepiej. Myślałam- wrócę do domu, to się ogrzeję. Tymczasem nie przewidziałam jednego-że kaloryfery przestaną grzać,wyłączą prąd i ciepła woda przestanie lecieć z kranu.Rodzina koczowała w największym pokoju, wszyscy okryci kocami i czym tylko się dało,żeby było cieplej. Ładny Sylwester! Tymczasem sąsiadka z drugiego piętra powiedziała -" Chodźcie do mnie. Przecież to mięso co mam w lodówce mi się zaraz zepsuje." Gotowała wielki gar białego barszczyku z pieczarkami( bo gaz z butli był) i to był najlepszy barszczyk jaki w życiu jadłam! Okazało się,że z miasta przyszli jeszcze inni ludzie. Bale Sylwestrowe w większości zostały odwołane, a ludzie chcieli w taki czas być z innymi.
Jeszcze inną historię opowiedziała mi dzisiaj sąsiadka z 4 piętra.Sąsiadki z 4 się przyjaźniły, obydwie Anie, tyle,że jedna już nie żyje. "Mała" Ania szykowała się na bal w odległym o 10 km Ozorkowie. Z tym miastem była związana, tam pracowała w szkole i tam miała znajomych. Od dawna na ten bal się cieszyła, kieckę sobie uszyła i wszystko co potrzebne kupiła. Poszli z mężem na stację PKP, a tam żaden pociąg nie jechał. Taxiarz o żadnej podróży do Ozorkowa nawet słyszeć nie chciał. - " Taki śnieg, taki śnieg, a jak gdzieś w zaspie utknę, to kto mnie wyciągnie?!!!" Wrócili do domu. Wódka i piwo po drodze im zamarzły.
Sprwadziłam w AI- "Popularne napoje alkoholowe o niższej zawartości alkoholu zamarzają szybciej: 40 procentowa wódka krzepnie w temperaturze około- 27 stopni Celsjusza, wino w - 5 do - 7, a piwo przy około - 2 stopnie. Mogło tak być, choć temperatury powietrza z tamtego Sylwestra nie pamiętam. Podobno piwo po odmrorzeniu jest niedobre. Nie wiem. Nie jestem entuzjastką alkoholowych trunków.
Makrama z pizzeri K-2. I jeszcze rozwiązanie zagadki literackiej. Cytat pochodził z książki " Mała Apokalipsa" Tadeusza Konwickiego. Następnym razem postaram się napisać kilka słów o tej książce.
Życzę Wam udanego weekendu! Pozdrawiam.
wtorek, 3 lutego 2026
Witajcie w lutym.
Witajcie Moi Drodzy, dziękuję za tyle ciepłych słów pod poprzednim postem.Okazuje się poza tym,że podobają Wam się takie spontaniczne posty z różnymi treściami. A zatem dziś będzie podobnie.
To zdjęcie robiłam 9 stycznia, kiedy wszędzie leżało dużo śniegu. Obecnie śniegu nie ma. Za to mróz potężny, a według prognozy pogody w moim regionie apogeum " tej epoki lodowcowej" ma być wkrótce, w nocy z 3/4 lutego: - 18 stopni!
Zima trzyma i najmilej siedzić sobie w domu. Rano dzięki kamerom oglądamy w necie obrazki z ulubionych miejscowości: port jachtowy w Charzykowych i jezioro skute lodem, molo w Gdyni- Orłowo, Władysławowo plaża( wejście na plażę nr5, tablica z wiewiórką).Trzeba ograniczyć spacery po mieście, nie tylko ze względu na zimno, ale unikać większych skupisk ludzkich, bo infekcje różnego typu szaleją. W marketach słychać kaszel, czasem bardzo uporczywy.
Znowu uzbierałam spory stosik książek pożyczonych z biblioteki, kilka kupiłam w moim ulubionym sklepie internetowym, 2 w naszej księgani, żeby miała się dobrze i nikt nie próbował jej zamknąć...Okładek nie pokazuję,tytułów nie zdradzam,żeby nie zapeszyć."Za oknem ta sama chmura albo kolektyw ujednoliconych chmur. Przeleciał po zardzewiałym parapecie deszcz na długich, cienkich nogach. Coś tam kiedyś było. Gwałtowny ruch kształtów, barw , okruchów emocji. Moje życie albo cudze. Najpewniej jakieś wymyślone. Ulepiec z lektur, niespełnień, starych filmów , nie dokończonych rojeń, zasłyszanych legend, nie wyśnionych snów. Kotlet z białka i kosmicznego pyłu. Kto to napisał? Zagadka bardzo trudna. Rozwiązanie w kolejnym poście.
Tymczasem coś, co spodobało mi się w innej książce. Czasy realnego socjalizmu. Bolek znajomy głównej bohaterki wybrał się na zajęcia twórcze i zamiast sięgnąć do stosu zgromadzonych przedmiotów po coś, co by nadawało się do kreatywnej aktywności i w jakiś sposób go określało, wyjął najpierw z prawej kieszeni spodni kłębek ładnie zwiniętej wełny. - " Tak chciałym,żeby wyglądało moje życie". Po czym sięgnął do lewej, z której wyciągnął bardzo splątaną włóczkę- " A tak wygląda!"( Izabela Sowa - " Zielone jabłuszko") I przy okazji pewne okrteślenie, które usłyszałam w jednym z podcastów- Pudrowanie stolca. Jeśli ktoś na przykład mówi, że czuje się artystą, a nic w tym kierunku nie robi, jeśli ktoś kupuje gadżety i stroje do biegania i na tym się kończy, czyli gadanie, gadanie i żadnego działania, to właśnie taki ktoś " pudruje stolec". Jeśli znacie jakieś ciekawe określenie- napiszcie.
W naszej bibliotece publicznej odbyło się kilka dni temu spotkanie z podróżnikiem, który opowiadał o swojej podróży do Kambodży.Autorzy książek mają z reguły średnią,żeby nie powiedzieć małą frekwencję na swoich spotkaniach.
Ale podróżnicy wręcz przeciwnie- sala pęka w szwach. Pan Michał opowiadał o zwiedzaniu 3 świątyń, podróż miała miejsce w 2006 roku i trwała 11 dni. Zwrócił naszą uwagę na fakt, że wtedy inaczej odbywało się zwiedzanie. Turyści nie byli wpatrzeni w ekrany swoich smartfonów, bo tych smartfonów po prostu jeszcze nie było.
Miesięcznik " Świat wiedzy " opublikował zdjęcie polatuchy syberyjskiej.Latająca wiewiórka z Ezo występuje wyłacznie na Hokkaido.Utknęła tam, kiedy wyspa oddzieliła się od reszty świata morzem. Ma ciekawe jarskie menu i spędza prawie całe życie na drzewach. Ten najsłynniejszy gryzoń Japonii wcale nie lata, ona spada, czasami nawet do góry.Wiewiórka nie ma skrzydeł, ma fałd skóry między tylnymi a przednimi łapkami" Żeby pofrunąć, skacze z gałęzi i rozkłada kończyny. Wygląda wtedy jakby trzymała kocyk." Krótki artykuł zamieszczony obok zdjęcia rozbawił mnie, "zrobił mi dzień". To nie wytwór sztucznej inteligencji, a wspaniale i dowcipnie napisany tekst. O patagium czyli fałdzie skóry między tylnymi a przednimi łapkami autor napisał- " wysiedziana poduszka w kolorze latte macchiato, spoglądająca na świat parą oczu jak z mangi" O wrogach polatuchy- " Tymczasem na drzewach oraz w powietrzu czychają na nią lis z Ezo, soból z Ezo, jastrząb, kania czarna, sowa rybołówka i kot domowy. Nic dziwnego,że maluch wychodzi z dziupli dopiero po zmroku." I dalej " w jednej dziupli mieści się zwykle kilka zwierzątek, które śpią jedno na drugim , jakby grały w pluszowego Tetrisa.( ...) Jeśli wiewiórka nie ma pod łapką dziupli, to chętnie wprowadzi się do budki lęgowej. W obu przypadkach wnętrze wykłada mchem jak włochatą boazerią. Bo nawet ten żywy kocyk lubi się czymś otulić..." Autorem tego krótkiego, dowcipnego tekstu jest Marek Maruszczak znany z popularnych książek o ptakch i zwierzętach. Doktor( od doktoratu, nie medycyny) związany z Uniwersytetem w Olsztynie.
I jeszcze model z galerii handlowej " Klif " w Gdyni. Ma ubranko w super modnym kolorze. Ubranka, świecące obroże, to mi nie przeszkadza, ale jeśli widzę wiązane, różowe papucie, w którym charty chodzą niczym na szczudłach- już tak. A co Wy na to?! Dobrego tygodnia, udanego lutego Wam życzę!
niedziela, 25 stycznia 2026
Była przerwa- jest powrót!
Witajcie Moi Drodzy, wracam po przerwie. Dziękuję za wszelkie oznaki pamięci- życzenia, komentarze- w szczególności te z zapytaniem - Gdzie jesteś?! Za zaglądanie, czytanie. Cóż, przerwa stała się konieczna, bo jakaś pustka mnie ogarnęła w listopadzie. Wypalenie czy coś?! W każdym razie zwątpiłam,że mam coś do przekazania, co nadawałoby się do publikacji i zajmowania Waszego czasu. Teraz nie jest może lepiej, ale zmieniło się nastawienie. Jak coś, to po prostu będę" szła na żywioł".( cokolowiek to będzie znaczyć) Inna sprawa,że muszę to i owo uaktualnić, bo jest pewne, że "Miłośniczka wsi, potraw regionalnych i robótek ręcznych" trochę ewaluwała w rozwoju odkąd postanowiła dumnie zacząć pisać tego bloga. Dziś będzie wszystkiego po trochu, bo chodzi o to,żeby coś wreszcie pisać!
Zima rozgościła się na dobre. I kto by się tego spodziewał?! U nas już brakuje piasku i soli- napisali o tym otwarcie i bezczelnie w mediach społecznościowych. Tymczasem wszędzie lodowe łachy świeciły na chodnikach i placach od wielu dni,a jeszcze tej nocy padał drobny śnieg i pokrył je cienką warstwą białego puchu...Oby, więc jakiej biedy z tego nie było.
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra od rana, mnóstwo podmiotów zaangażowanych i serce z tego powodu rośnie!
Tymczasem wczoraj obserwowałam przez media akcję zamykania schroniska w Sobolewie. Wielki szacun dla Doroty R.
W moim mieście jeszcze przed świętami ukończono nowy mural, upamiętniając tym samym synagogę, która spłoneła w czasie II wojny. Nie został po niej nawet ślad.
I coś z mojej twórczości- haftowany obrazek ze skrzatem.
Małe podsumowanie czytelnicze. W 2025 roku przeczytałam 42 książki, ponad 13 000 stron. W tym miesiącu zaledwie dwie. Między innymi tą ze zdjęcia. Krótki opis i recenzję zamieszczę w kolejnym poście- jeśli będzie takie Wasze życzenie.
Zimowa herbatka w zimowy czas. Tak, tak wiem,że narobiło się zaległości w odwiedzaniu Waszych blogów... Wkrótce zacznę Was odwiedzać. Siostra zaprosiła nas na tiramisu. I tak myślę - iść nie iść, bo wiecie- pięć minut w ustach a całe życie w biodrach, a u mnie waga jak stanęła - tak stoi! Podobno na Netfixie pojawiły się " Wredne liściki" - już zacieram ręce, bo od dawna chciałam ten film zobaczyć, a jakoś do tej pory się nie udało. Ciekawa jestem co u Was, jak samopoczucie w tym zimowym czasie i w ogóle. Pozdrawiam Was bardzo, bardzo serdecznie i jeszcze raz DZIĘKUJĘ!
poniedziałek, 17 listopada 2025
Ocalić od zapomnienia.
Dzień dobry, dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Witam nowego obserwatora mojego bloga- Eduarda. Szary i ponury listopad, wcale nie musi być taki szary, jak się z pozoru zdaje. Dziś kilka zdjęć z wystawy etnograficznej, która miała swoje otwarcie w ubiegłym tygodniu.
W odpowiedzi na ubiegłoroczny projekt, Muzeum w Łęczycy otrzymało od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego 50.000 zł na konserwacje XIX wiecznej odzieży damskiej i męskiej.
W Warszawie konserwacji poddano 8 elementów zabytkowej odzieży. W tym damskie wełniaki, staniki,kiecki i spódnice oraz męski spencer, i sukmanę.
Tą niewielką wystawę zatytułowaną " Ocalić od zapomnienia" można oglądać do 31 grudnia 2025 roku.
Nie byłam na otwarciu. Poszłam następnego dnia. Dzień bez opłat jest w środę. A to był czwartek. Pomyślałam - trudno, skoro już wybrałam się z aparatem, zapłacę za bilet wstępu. 29 zł ulgowy, 35 zł normalny.
Dwie sale poświecone rzeźbom, głównie naszemu Borucie. Na plakatach- na pierwszym Archikolegiata w Tumie.
Na drugim- Zagroda Chłopska w Kwiatkówku pod Łęczycą.
I coś na rozweselenie.
Droga na wieżę. Ależ mnie te schody, które zaczeły się po tym korytarzu umęczyły!
Widok z wieży- jeden z wielu.Trasa w kierunku Łodzi.
"Oberki do końca świata" Wita Szostaka. "Odchodzący w zapomnienie świat wiejskich muzykantów. Książka napisana piękną frazą, w rytmie oberków, pełna melodii słów i magii muzyki wygrywanej na skrzypcach.To opowieść o życiu i śmierci, o miłości i przemijaniu. To proza osadzona mocno w polskiej tradycji, sięgająca korzeni muzyki ludowej i zarazem bardzo nowoczesna, gęsta niemalże transowa. Rodzimy realizm magiczny, nostalgiczna podróż do świata, który umarł, a któremu Wit Szostak podarował nieśmiertelność."- opis z okładki.
Bardzo podobała mnie się perspektywa zastosowana przez autora. Rodzina Wichrów zajmowała dom na skraju wsi. Kiedy mieli problemy i zmartwienia, i nie chcieli się nimi dzielić ze społecznością wiejską, ich dom oddalał się od wsi. A kiedy przeżywali swoje radości,ich dom przybliżał się do wsi. Co ciekawe, opisywani w powieści ludzie przejmowali, zajmowali domy pozostawione samym sobie po śmierci ich pierwotnych właścicieli.
Jednym z kolorów tegorocznej jesieni jest burgund. Zrobiłam, więc sewetkę w zbliżonym do burgunda kolorze.
Ława niewielka, więc ułożyłam serwetki warstwowo i taki powstał efekt.
To tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie. Dobrego tygodnia Wam życzę.
poniedziałek, 10 listopada 2025
Listopadowe książki i serwetka.
Witajcie,
Na dworze pogoda iście listopadowa, więc dziś relacja z jesiennego czytania i szydełkowania.Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Zostało mi jeszcze trochę zdjęć z październikowych wyjazdów, więc za jakiś czas o nich napiszę.
Nasza czereśnia zgubiła już liście. Był moment,że listopad rozpieszczał nas piękną, słoneczną pogodą... I nagle w sobotę 8 takie ochłodzenie, że najlepiej było zaszyć się w domu z książką lub przed telewizorem z robótką.
To cztery z ostatnio przeczytanych książek. Wszystkie polskich autorów, wszystkie o wsi.
Pieśni łaciatych krów Łukasza Staniszewskiego to powieść z gatunku realizmu magicznego osadzona na warmińskiej wsi. Bernard Witten bogaty gospodarz we wsi Skowycze nie lubi ludzi, wiecznie naburmuszony, nie szuka ich towarzystwa, najchętniej wybiłby wszystkim zęby. Z trudem toleruje nawet obecność żony Anny.Najlepiej czuje się w oborze wśród swoich krów, choć i te koniec końców prowadzi na rzeź. A ludzie, jak to ludzie mają swoje marzenia, wierzą w dyduki, leczą się u Baby, chodzą do księdza Pieczonki, a o tym jak żyć , szepcą im duchy." Kiedy jednak nad Warmię nadciąga wyniszczająca susza, słońce wypala ziemię i ludzi, mieszkańcy rozpaczliwie szukają ratunku. A tylko Bernard Witten wie, jak ocalić wieś przed katastrofą."
Książkę dobrze się czyta, wartka akcja, ciekawe dialogi, zaskakujące pomysły, dużo humoru, język często dość wulgarny.Uwaga spojler Najbardziej podobała mnie się biesiada tuż przed spodziewaną apokalipsą. Przybrane dziecko Wittena- Kubuś zapisywał w zeszycie dla potomnych( zeszyt miał być zakopany w ziemi) informacje o mieszkańcach. Każdy miał wtedy- nawet ten, którego wcześniej nikt nie chciał słuchać- odpowiedzieć na kilka pytań: jak się nazywa, kim jest, kogo kocha i do jakiego zwierzęcia czuje się podobny. Dobrą kontynuacją do tego tematu może być hiszpański serial " Zwierz" W wielkim skrócie: Spłukany weterynarz Anton zaczyna pracę w ekskluzywnym sklepie zoologicznym...
" Historię rodzinną można pisać na wiele sposobów. Zośka Papużanka zamyka ją we wspomnieniu z dzieciństwa, z wakacji na wsi, gdzie wspólnie spędzają długie tygodnie dziadkowie, ich dzieci z małżonkami i wnuki, czy tego chcą czy nie." Maria Fredo- Smoleńska. A "Kąkol" chwast wśród zboża - któż nim jest?! Synowa zwiewna niczym motyl, z mnóstwem pomysłów, za którą biega cała wioskowa dzieciarnia? Nasza narratorka - jej córka? A może dziadek Antoni- terrorysta najwyższej klasy?!
Książka dla tych co pamiętają swoje wakacje na wsi - w ostatnich dekadach XX wieku i dla tych co nie mają takich wspomnień, bo warta przeczytania. Piękna okładka z haftowanymi motywami. Długo po przeczytaniu leżała sobie na mojej ławie i cieszyła oczy!
Serwetka zrobiona kordonkiem Ariadny- Aria 5 o średnicy 48 cm, kolor- łososiowy.
Małe podkładki zrobiłyśmy kiedyś z córką w sobotnie popołudnie.Bliźniacze kubeczki kupione w Pepco. To tyle na dziś. O kolejnych dwóch książkach następnym razem.Dziś przy przedświątecznym poniedziałku cześć sklepów była zamknięta, a niektórzy, co musieli pracować, byli naburmuszeni jak Bernard Witten. Dobrego tygodnia i jutrzejszego Święta!
czwartek, 23 października 2025
Gdynia
Dzień dobry, znowu trochę mi zeszło od ostatniego posta. Dokładnie miesiąc. Pora wracać.Opowiedzieć co tam u mnie słychać, zajrzeć na Wasze blogi. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Witam nową obserwatorkę mojego bloga.
W październiku znowu pojechaliśmy nad morze, do Gdyni. Zamieszkaliśmy w najładniejszym osiedlu miasta- Orłowie ( tak mówią jego mieszkańcy)do plaży, promenady i mola zaledwie kilka minut,niewiele więcej do klifu.
" Październikowa plaża jest jak pradawne bóstwo. Wydaje się pamiętać czasy przed pojawieniem się człowieka na Ziemi i nie ma w sobie tej cierpliwości, z jaką plaża sierpniowa znosi wizyty intruzów. Nie ukrywa niechęci, chłoszcze zimnym wiatrem, pozwala na sobie usiąść, tylko jeśli podłoży się coś pod tyłek, inaczej wilk murowany."Aneta Jadowska - " Trup na plaży i inne sekrety rodzinne"
Z wielką przyjemnością obserwowaliśmy mewy.
Wybraliśmy się do portu podziwiać statki.
Chciałam pić kawę i patrzeć na "Dar Pomorza", a tymczasem zaczęłam dokarmiać wróble. One nie tylko zjadały okruchy z ziemi, ale co odważniejsze podfruwały blisko, niektóre siadały przez momencik na dłoni. Niesamowite- poczuć te maleńkie łapki!
Zachwyciła nas komunikacja w Trójmieście. Oprócz częstych pociągów SKM ( Szybka Kolej Miejska w Trójmieście)dobrze korzystało się z aplikacji na autobusy i trolejbusy.
Zakupy najcześciej na halach na ulicy Wójta Radtkego( pierwszy wójt Gdyni).
Hala rybna. Jednak tak pysznych ryb jak w Świbnie tutaj nie było. A może po prostu już trochę mi się przejadły?!
Na obiady do Słonecznego Baru Mlecznego na ulicę Władysława IV. Smaczne tradycyjne polskie jedzenie, w przystępnych cenach. Na zdjęciu deser. Zgadniecie co to?
Pizza na Świętojańskiej, bo można było kupować małe porcje- trójkąty. Ponoć najlepsza jest na Abrahama, ale tam nie poszliśmy. W ogóle Świętojańska to szczególna ulica- pierwsza ważna w Gdyni, lubiłam po niej spacerować.
Dobra parzona herbata w "Ubogiej krewnej". To miejsce upodobali sobie młodzi ludzie. W tygodniu trudno tam było o wolny stolik. Lubicie takie klimaty?
I to by było tyle na dziś. Dobrego weekendu. Pozdrawiam Was serdecznie. Iza
Subskrybuj:
Komentarze
(
Atom
)






























