wtorek, 10 marca 2026

Dzień Kobiet 2026. I zagadki.

Witajcie moi drodzy, dziś będzie mała relacja z 8 marca czyli Dnia Kobiet.
Wernisaż tej autorki odbył się w piątek 6 marca.
Ja zdjęcia robiłam wczoraj. Weszłam do sekretariatu naszego Domu Kultury i poprosiłam o pokazanie tej wystawy. Sekretarka była trochę rozżalona( musiało być mało osób na wernisażu)- Szkoda,że nie przychodzicie. Przecież jest wstęp wolny...
Rano 8 marca było w parku chodzenie dla zdrowia. Wzięłam kije trekkingowe,bo akurat takie miałam. Ale niektórzy przyszli zupełnie bez sprzętu i też było dobrze. Od lewej dziewczyny z naszej ulubionej Księgarnii w Alejkach, ja i Bożenka, która chodzi regularnie, wyjeżdża na tego typu imprezy i zdobywa miejsca na podium.
I tutaj też - wcześniej było ogłoszone na FB, przyszło około 30 osób ( podaję w przybliżeniu.) Zrobiłam przez 45 minut 3 kółeczka- 3 razy 1000 metrów i powiedziałam- Wystarczy!Następnie udałam się do altany na pyszną owocową herbatę i ciasto.Była akcja charytatywna. Tą razą zbieraliśmy na trójkę dzieci potrzebujących wsparcia.
Potem, już po południu, była pizza i ciasto w restauracji "Pod ekranem".
Zawsze wypatrzę tam coś ciekawego. To chyba zależy, który stolik się zajmie i co się widzi. W każdym razie lokal jest duży i dobrze wykorzystany. I teraz mam pytanie- Czy potraficie wymienić aktorów widocznych na tej grafice? Kobiety, jak kobiety, ale jest tam jeden mężczyzna. Kto to jest?
Na zdjęciu kwiaty i czekoladki od męża.
Z kartki z kalendarza: " W języku polskim funkcjonują rzeczowniki pospolite, które są jednocześnie określeniami obywateli różnych państw. Niektóre powoli odchodzą w zapomnienie." Za chwilę je wymienię. Możecie wybrać sobie takie,( lub choćby jeden wyraz) których znaczenie znacie i napisać co to jest. A wyrazy te to: amerykanka, angielka, belgijka, finka, francuz, holenderka, japonki, kanadyjka, koreanki, maltańczyk, polka, szwajcar, szwedka, węgierka
Na wystawę weszłam bezszelestnie, bo akurat drzwi były otwarte i stoły zastawione.Panie wystrojone na ludowo, inne odświętnie, ale nie na ludowo, stały i gawędziły z sobą. Zaczęłam robić foty telefonem, a niektóre panie- " O patrzcie, jakie tu są piękne obrazy!"
Dlatego teraz zamieszczam tylko cztery z nich. Nie wypadało dłużej chodzić po sali wystawowej, nie byłam przecież zaproszona na imprezę, a chciałam zrobić zdjęcia. Dziękuję Wam za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Dobrego tygodnia!

czwartek, 5 marca 2026

Wieczór w operze.

Witajcie w marcu,dziękuję za zainteresowanie katowickim Nikiszowcem, za liczne komentarze pod poprzednim postem, za zaglądanie i czytanie. I od razu chcę zadać Wam pytanie. Czy w czasach, gdy panuje tak wielka konkurencja o uwagę widza, teatr i opera mają jeszcze sens? Dziś chcę opowiedzieć Wam o wizycie w teatrze.
Bilety do Teatru Wielkiego w Łodzi córka kupiła jesienią ubiegłego roku. Czekały, więc kilka miesięcy i nabierały mocy. A my dochodziliśmy do zdrowia po przechorowaniu wirusa. Na kilka dni przed wyznaczonym terminem zaczęliśmy przygotowywać siebie i nasze stroje do podróży, i szczegółowo planować wydarzenia tego dnia.
A był to dzień imienin mojej siostry, więc pomyślałam,że miło byłoby wpaść przed teatrem na kawę i małe co nieco. Uznaliśmy,że najbardziej odpowiednia będzie wizyta w bistro o charakterze portugalskim- "Ola, de nata" Nie znałam zupełnie tej kafejki i w ogóle trudno było mi ją umiejscowić. Jak się potem okazało działa od niedawna i znajduje się na rogu ulicy Narutowicza, jakieś 200 metrów od Teatru Wielkiego.
W ofercie mają kawę , herbatę i pyszne babeczki z ciasta francuskiego pieczone na miejscu. Pasteis de nata są w dwóch wersjach - z samym budyniem w środku, i z budyniem posypane obficie siekanymi pistacjami.
Smakują obłędnie.Podawane jeszcze ciepłe, świeże, chrupiące, po prostu niebiański smak dla podniebienia.
A schodzą jak świeże bułeczki, tym bardziej,że wchodzili po nie ludzie w drodze do teatru.
A zatem już w tym niewielkim bistro poczuliśmy odświętny charakter zbliżającego się wieczornego przedstawienia.
Jeszcze chwila na ruchliwej łódzkiej ulicy i czas wmieszać się w tłum ludzi wchodzących do teatru. Szatnia, foyer i widownia zapełniająca się z każdą minutą. I przyjemne uczucie,że już za chwilę, dosłownie za chwilę zacznie się przedstawienie.
Jedno z nielicznych zdjęć w teatrze jakie mogłam zrobić. Zwróćcie uwagę na szmaragdową kurtynę, zapowiedź tego co za chwilę miało nastąpić.
"Puccini zabiera widza do Rzymu roku 1800, gdzie sztuka, miłość i polityka splatają się w dramatyczną opowieść. Śpiewaczka Tosca i malarz Cavaradossi marzą o szczęściu, ale na ich drodze staje bezlitosny baron Scarpia . To historia o wolności, zdradzie i poświęceniu, która do dziś elektryzuje publiczność na całym świecie."- Z programu. W dekoracjach , strojach dominował kolor zielony a konkretnie jego magnetyzujące odcienie- od miętowej zieleni do mocnego, zdecydowanego szmaragdowego. Tosca miała suknie szmaragdowe z lawendowemi gorsetami. Diadem na głowie i naszyjnik na dekolcie błyszczały subtelnie przy każdym jej kroku.Trzy wzruszające akty, aria Toski i w ostatnim akcie aria jej ukochanego Maria, najbardziej znana, najpiękniejsza w tej operze. Polecam wysłuchać ją w wykonaniu Placido Domingo na You Tube. Jest najlepszy. Wracam do tej arii raz za razem.
W antraktach można było podziwiać toalety pań i stroje panów. Było odświętnie, było inaczej niż zwykle. I to było piękne! To tyle na dziś. Życzę Wam udanego marcowego weekendu i wspaniałego Święta Kobiet!

środa, 25 lutego 2026

Katowice , październik 2025.

Witajcie, Bardzo serdecznie dziękuję Wam za dyskusję wokół " Małej Apokalipsy"Konwickiego. Dziś będzie relacja z wycieczki do Katowic, którą odbyliśmy w październiku ubiegłego roku. Wyobrażacie sobie pociąg pełen emerytów? Tak właśnie wtedy było, gdy kolej postanowiła zafundować seniorom wycieczkę za przysłowiową złotówkę. Pociągiem relacji Płock - Katowice pomknęliśmy do stolicy Górnego Śląska. Przy czym 3/4 pasażerów pociągu IC wysiadło w Częstochowie. My pojechaliśmy dalej.
Zdecydowałam,że czas najwyższy zobaczyć słynny Nikiszowiec- zabytkową dzielnicę Katowic.Okazało się,że od centrum miasta dzielnica znajduje się prawie godzinę jazdy autobusem miejskim. Entuzjastycznie stwierdziłam ,że musimy tam spędzić kilka godzin. Inni też wpadli na ten pomysł!
Zabytkowa dzielnica , miejsce akcji wielu filmów o Górnym Śląsku, zrobiła na nas wrażenie.
Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu niewielkiego rynku Nikiszowca usłyszeliśmy górniczą orkiestrę. Ucieszyliśmy się, że trafiliśmy na jakieś górnicze święto. Nic podobnego, orkiestra grała ciągle ten sam fragment i tworzyła tło do kilkunastu sekundowego filmu, nagrywanego amatorską kamerą.Na pierwszym planie dwoje młodych ludzi ubranych na sportowo wykonywało salto, by w końcowych sekundach rozejść się efektownie na boki.
Nasz spacer trwał około godziny, zaglądaliśmy na podwórka i w różne zaułki, informacja turystyczna zamknięta na głucho przy poniedziałku, stylowa restauracja jeszcze nie otwarta. Wszystkie stoliki w pobliżu sklepu piekarniczego zajęte. Nieco rozczarowani postanowiliśmy wrócić do centrum.
I najpierw obiad. Rok wstecz , z braku wolnych stolików, nie udało się zjeść barszczyku czerwonego z kołdunami. Teraz mieliśmy więcej szczęścia.
Wystrój lokalu mnie zachwycił. Pod sufitem znajdowały się kwietne wieńce, a do nich doczepione zielone imbryki. Było ich naprawdę bardzo dużo, na zdjęciu aż tak tego nie widać. Skąd oni tyle tego wzięli? Największe powodzenie miały kluski śląskie z modrą kapustą i oczywiście smakowicie przyrządzonym mięsem.
Potem jeszcze spacery po centrum- ulicach, parkach, w pobliżu Spodka. Czas biegł nieubłaganie. Jeszcze pyszna parzona herbata. Ewenement- wszędzie dają ekspresową , bo wygodniej, a tam zawsze parzona liściasta. Nastawiłam swoje " radary" ,żeby wyłapać choć kilka słów śląskiej godki. Ale nie, kompletnie nic. Rok wcześniej mieliśmy więcej szczęścia pod tym względem. Może trzeba było zapuścić się w rejony familoków? Jednak nie było na to zbyt wiele czasu. Mimo to kocham Katowice, kocham Górny Śląsk!
Do domu dotarliśmy w nocy z postanowieniem,że gdy następnym razem, jak Bóg da, a Kolej zafunduje seniorom podróż, to zaplanujemy dłuższy pobyt i tylko w jedną stronę będzie za złotówkę! To tyle na dziś . Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego wpisu!

wtorek, 24 lutego 2026

Wstęp do " Małej Apokalipsy" Tadeusza Konwickiego.

Dzień dobry, luty zmienił temperatury na dodatnie. Dziękuję Wam za troskę i życzenia zdrowia. Witam Esterę, nową obserwatorkę mojego bloga. Dziś spróbuję nakreślić ramy tematu związanego z Konwickim i "Małą Apokalipsą".
Ze zdrowiem lepiej, cieszę oczy tulipanami z marketu. Kolor piękny- głęboka śliwka, choć na zdjęciu wygląda na ciepły fiolet, ale tak naprawdę jeszcze za wcześnie na tulipany. Listki są jasnozielone i zwijają się w rulonik.
Mamy to: Wydanie " Małej Apokalipsy" Tadeusza Konwickiego z 1988 roku. Jeszcze niedawno była ona w kanonie lektur rozszerzonych dla LO i Technikum. Dlaczego była? Ponieważ jej przekaz patriotyczny był niejednoznaczny i została całkiem niedawno wykreślona z tegoż kanonu. Dorosłemu człowiekowi cieżko jest pojąć , co autor miał na myśli, a co dopiero młodzieży?! W wielkim skrócie. Mamy czas PRL. Do bezimiennego bohatera, niemłodego już pisarza wpadaja z wizytą dwaj koledzy z tej samej nomenklatury i namawiają go, aby na znak protestu wobec panującego reżimu dokonał aktu samopalenia -" Dziś wieczorem, kiedy skończą się obrady zjazdu partii i delegaci z całego kraju wyjdą przed gmach" A zatem nasz bezimienny bohater ma cały dzień, czas do godziny 8 wieczorem, aby zrobić małe podsumowanie swojego życia. Przy czym jest to podsumowanie dość surrealistyczne, prezentujące rzeczywistość i absurdy PRL. Jeśli będziecie zainteresowani możemy się temu bliżej przyjrzeć w kolejnych postach.
Dlaczego Konwicki? Dlatego,że przeżył cały PRL z nawiązką. Urodził się w Nowej Wilejce na Litwie w 1926 roku, zmarł w 2015 w Warszawie, zasiadał przy stoliku w słynnym " Czytelniku" i przyjaźnił się z ludźmi tej klasy co na przykład Gustaw Holoubek, Antoni Słonimski i mnóstwo innych. Potrafił posługiwać się jezykiem polskim w taki sposób,że każdy kto choć trochę ma pojęcie o literaturze, rozpozna w nim natychmiast wirtuoza wśród amatorów.Co nie znaczy,że wszystkie jego książki są łatwe w odbiorze.
Bydgoszcz. Linoskoczek nad Brdą. Jak podaje Piotr Łopuszański w książce " Sekrety z życia pisarzy i artystów" - " Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zaczęto u nas wydawać prawdziwe biografie pisarzy." Przy czym jeśli wierzyć jego słowu( a nie ma powodu,żeby nie wierzyć) Tadeusz Konwicki nie doczekał się jeszcze rzetelnej biografii. Dlatego pewne okresy w jego życiu, są ciągle nie wyjaśnione, pełne czarnych dziur. Są za to wywiady rzeki. Mam dwa napisane w sposób bardzo przystępny, ciekawy, chwilami nawet zabawny. I mogę co ciekawsze wypowiedzi przytoczyć. Jeśli oczywiście to Was zainteresuje.
Brda w Bydgoszczy o zmierzchu. A zatem mamy w tytule książki nawiazanie do Apokalipsy Św. Jana. Mała Apokalipsa czyli koniec jednostkowego, osobistego świata. Koniec PRL, a raczej zmierzch pewnych idei. Co ciekawe ostatnio znalazłam w "Polityce" artykuł - " Errata do Apokalipsy" Rozmowa Kaspra Kalinowskiego z Agatą Kaźmierską i Wojciechem Brzezińskim, autorami książki- " Co będzie? Krótki przewodnik po końcach świata".
Milusia kanapa przed jakimś lokalem w Bydgoszczy, listopad 2025. I to byłoby tyle na dziś. Ciąg dalszy nastąpi. Pozdrawiam Was serdecznie. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Za to,że ciągle tu jesteście. Za Wasze słowa , obecność i zaangażowanie.

piątek, 20 lutego 2026

Walentynki z wirusem w tle.

Witajcie, dziękuję Wam za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Od poprzedniego postu minęło kilka dni, a mam wrażenie jakby minęła wieczność. To przez to,że jakiś mały niewidoczny gołym okiem pasażer na gapę, postanowił wybrać się do nas z wizytą. Trzeba było odwołać spotkania, koncert jazzowy, hotel...i spędzić Walentynki w mało wyszukany sposób- w pozycji horyzontalnej.
Oszczedzę Wam opisów z rozwoju tego dość burzliwego zjawiska. Prawda jest taka,że nie miałam nawet siły , ani ochoty, żeby podejść do komputera. Co postaram się nadrobić w najbliższym czasie.
Jednak zanim zachorowałam spędziłam bardzo miły dzień obserwując ruch i zamieszanie w moim mieście spowodowany przygotowaniami do Walentynek. Zobaczyłam tą panią na ulicy i oniemiałam z zachwytu. Elegancja i szyk, i towarzyszące balony w kształcie walentynkowych serc- tworzyły ciekawe zjawisko uliczne. Ona tak sama z siebie? Takie celebrowanie święta zakochanych- super! Następnego dnia zobaczyłam filmiki na FB. Kreacja tej pani to żywa reklama nowego salonu piękności. Bardzo udana reklama. Nie czepiajmy się jednak, w takim świecie żyjemy! Ale były też bardziej spontaniczne zjawiska. W jednym ze sklepów młoda ekspedientka powiedziała radośnie- " Dziewczyny dziś wieczorem piję alkohol!" a potem zaczęła śpiewać piosenkę Beaty Kozidrak- Szklanka wody
Choroba chorobą, ale przecież nie cały czas człowiek czuje się jak rozjechany kapeć. Postanowiłam zobaczyć czy nadal podoba mi się Gerard Philipe w filmie z 1952 roku- "Fan fan tulipan" Jest to film z gatunku płaszcza i szpady. W skrócie- młody pełen energii i charyzmy piękniś, chętny do przelotnych romansowych związków, postanawia uciec sprzed ołtarza. Młoda cyganka Adeline( Gina Lolobrygida) wróży mu świetlaną przyszłość. Między innymi, że zostanie zięciem króla Ludwika XV. Młodzieniec ucieka z orszaku ślubnego i zaciąga się do wojska.Pokonawszy opryszków i uwalniając tym samym damy z królewskiego powozu, dostaje od Madamme Pompadur i królewskiej córki klejnot- tulipana wysadzanego drogimi kamieniami. Od tej pory przyjmuje przydomek Fan Fan Tulipan. A dalej są potyczki, pogonie, różne zwroty akcji. Adeline córka sierżanta,wojska , do którego zaciągnął się Fan Fan ciągle w pobliżu, coraz bardziej zakochana,gdy on nadal goni za królewską córką.Ale w wielkim finale Fan Fan Tulipan ma już serce pełne miłości do Adeline i właśnie król oddaje mu ją, jako swoją przybraną córkę. Scena gdy odchodzą jest po prostu sielska- anielska, ale nie powiem dlaczego. Zobaczcie sobie sami. Gerard Philipe, francuski aktor( 1922- 1959) miał w 1952 30 lat, wyglądał niezwykle młodo. Był bardzo uzdolnionym aktorem ,jednak jego kariera aktorska nie trwała długo.Gina Lollobrygida, włoska aktorka ( 1927- 2023) miała 25 lat i w porównaniu do Gerarda wyglądała poważniej. Fan Fan Tulipan, był jedynym mężczyzną, na którym można było zawiesić oko. Konkurent przypominał karykaturę mężczyzny, brzydal o przykrym charakterze, czyli wyboru Adeline nie miała żadnego. Kiedy poszła odwiedzić Fan Fana w więzieniu wyznała mu miłość i powiedziała, że już samo patrzenie na niego sprawia jej prawdziwą radość. I na tym powinna poprzestać. Pakowanie się w związek z mężczyzną w typie Piotrusia pana nie wróży niczego dobrego! Wersję filmu z 1952 roku dobrze się ogląda, czy trąci myszką- mnie trudno to powiedzieć. Warto go obejrzeć chociażby dla tak pięknej pary aktorskiej, przyjaźni Fan Fana z ojcem wielkiej rodziny, pociesznego sierżanta, ojca Adeline i lubieżnego Ludwika XV.
17 lutego 2026 roku rozpoczął się chiński rok Ognistego Konia. Przeczytajcie jakie ma założenia! Ognisty Koń nie jest spokojną energią. Przewodzi odwaga, prawda i ruch. Jest to rok,żeby przestać czekać na pozwolenie ( cokolwiek to znaczy) wybrać odwagę zamiast obawy. Działać na podstwaie swojej wiedzy. Ognisty Koń nie wybiera półśrodków. Należy wzmacniać intencję i obniżać stagnację. Ufać swojemu instynktowi i intuicji , i działać zgodnie z nimi. Odpuścić działania , które drenują ducha. Mówić swoją prawdę, nawet jeśli nasz głos wstrząsa innymi. Wybierać progres zamiast perfekcji . Ruszać ciałem.Ognisty Koń nagradza tych, którzy najpierw działają , a uczą się w trakcie procesu. I co Wy na to?Tekst z tłumaczenia, dostosowałam go jak mogłam do języka polskiego.
Zimowe historie na obrazkach w wersji porcelanowych talerzy sfotografowałam na targu rodem z tak zwanych wystawek.
I to byłoby tyle na dziś. Dobrego weekendu, bez chorób! Pozdrawiam Was serdecznie i idę zobaczyć co u Was.

piątek, 13 lutego 2026

Tłusty czwartek i jego atrakcje.

Witajcie moi drodzy, dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Cieszy mnie spore zainteresowanie zimą stulecia.Dziś miałam jeszcze powspominać tamtą zimę i pisać o " Małej apokalipsie" Konwickiego oraz różnych przemyśleniach tego autora- pamiętam o tym. Jednak ostatnio jestem trochę zajęta i nawet nie mam kiedy "grzebać" w jego wywiadach rzekach ( a są ciekawie napisane i ogólnie- extra) Dlatego trochę to przesunę w czasie. Zima też w tej chwili w pewnym odwrocie- przynajmniej w moim regionie- więc wspomnienia też mogą poczekać. Jako,że był tłusty czwartek, jutro Walentynki, a w ogóle Ostatki, temat będzie składanką, a głównie relacją z Tłustego Czwartku.
W bibliotekach już dziś świętowano Walentynki.Ta akcja cieszy się dużym zainteresowaniem i kto za późno przychodzi - sam sobie szkodzi, a konkretnie mało jest wtedy nowości do wylosowania. Książki zapakowane są w szary papier, na wierzchu serduszka, a na odwrocie numer katalogowy. Jak się nie trafi w swój ulubiony gatunek, można losować jeszcze raz, albo do skutku. Ja wylosowałam książkę japońskiej autorki.Nie podaję póki co nawet tytułu. Okładkę i krótką opinię o tej książce zamieszczę po przeczytaniu. Pożyczyłam też inną, zapowiada się petarda, ale czy tak będzie? Czasem książka uwodzi nas początkiem, a potem - kicha. Jak będzie z tą książką też w swoim czasie się dowiecie.
Tłusty Czwartek spędziliśmy w Łodzi. Postanowiliśmy zagospodarować jeden dzień ferii Kalinie.Na zdjęciu mural z Dworca Kolejowego Łódź Fabryczna.
Pojechaliśmy do EC1- Centrum Nauki i Techniki. Najpierw film z zakresu biologii w Kinie Sferycznym. Seans trwał 45 minut. Teoretycznie dość ciekawe zagadnienia- oglądane w ogromnym powiększeniu przedmioty ( igła z roztoczami) organizmy jednokomórkowe, pierwotniaki, grzyby, owady( konkretnie mrówka)Jednak czegoś mi w tym filmie brakowało... Dzieci, które go oglądały razem z nami, po seansie wyglądały jakby się wynudziły.( najpewniej grupa półkolonii) A ich pani podsumowała film jednym zdaniem- " Sami widzicie, że trzeba często myć ręce". Obrazy czarno- białe ukazujące się na kulistej kopule kina wyglądały imponująco, hipnotyzowały, ale sam przekaz był trudny w odbiorze. Wątpię by dzieci " łapały" ukazujące się na ekranie liczby- na przykład ile to jest 0,05 mm. Wprawdzie na bocznym, mniejszym ekranie ukazywały się kolorowe zdjęcia omawianych organizmów w naturalnym środowisku i często rozmiarze, jednak rozrzut ekranu utrudniał syntezę- że te wielkie "potwory" i to co na zdjęciach, to jedno i to samo.W dodatku niewiele organizmów było takich ogólnie znanych. Mnie ucieszyło pojawienie się Niby Nóżki, którą pamiętałam jeszcze ze szkoły. Ameba w kształcie rozjechanego ślimaka bez skoruki pełzająca na tej niby nóżce, wprawiła mnie nagle w bardzo przyjemny nastrój. Sama nie wiem dlaczego.
Po seansie poszliśmy do baru na małe co nieco.( tosty z surówkami) Hitem okazała się wizyta... w toalecie!
Zanim dotarło się do kabin trzeba było przejść przez pomieszczenie utrzymane w stylu PRL, z gablotami i ubraniami z tamtego okresu. Z głośnika leciały piosenki z dwudziestolecia międzywojennego i PRL. Ja na wejściu miałam "Sex appeal" w wykonaniu Eugeniusza Bodo (film "Piętro wyżej" z 1937 roku. Bodo naśladuje tam rewelacyjnie aktorkę Mae West) Jedno spojrzenie tu i tam czy mnie nikt nie widzi i...nogi mnie same poniosły, a ile w tym miałam radości. Potem Kalinę wysłałam do toalety i patrzyłam, jak ona pląsała przy "Małgośce" Rodowiczki.
Takie niespodzianki to ja rozumiem!
Drugie piętro bardzo nam się podobało. Spędziliśmy tam kilka godzin.Między innymi w budce telefonicznej odgrywaliśmy scenkę z filmu " Rozmowy kontrolowane" Kalina uczyła się " Sto lat " na klawiszach umieszczonych w podłodze. Jeden z pracowników zaprosił wszystkich obecnych na pokaz o maszynach parowych wykorzystywanych między innymi w łódzkich fabrykach włókienniczych.
Zwiedziliśmy też laboratorium dawnej zielarki.
Jedne rzeczy mnie interesowały bardziej, inne mniej, a niektóre wcale. Jednak spacery po piętrach na ogromnych przestrzeniach, szklane podłogi, wielkie luftowe okna, tak charakterystyczne dla fabrycznej łódzkiej architektury, to było to co zachwycało mnie bez dwóch zdań.
Mój prezent walentynkowy. Sporo czasu spędziliśmy też na Dworcu Łodź Fabryczna oglądając z góry pociągi wjeżdżające i wyjeżdzające z długiego tunelu i te stojące na peronach. A także zaliczyliśmy fragment ulicy Piotrkowskiej. Na Pietrynie podziwiałam kilometrową kolejkę do pączkarni. Szał na pączki czuło się w całym śródmieściu.I to byłoby tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanych Walentynek!