środa, 19 sierpnia 2026

Kino- "Odyseja"

Witajcie moi drodzy, wakacje powoli dobiegają końca, u nas wczoraj porządnie popadało, a obecny tydzień będzie miał niższe temperatury powietrza. Dziękuję za zaglądanie, czytanie, komentowanie.Wasze blogi będę odwiedzać i jeśli u kogoś nie byłam- to będę! Ostatnio byłam w kinie na dwóch filmach. Dziś napiszę o jednym z nich. W poście wykorzystam zdjęcia zrobione w lipcu.
Ponad tydzień temu temu wybraliśmy się z mężem na " Odyseję" w reżserii Christophera Nolana. Uważam,że ten film warto obejrzeć i to obejrzeć na dużym ekranie w kinie. Myślę,że na jego temat powiedziano już naprawdę dużo, więc nie będę się powtarzać. W sieci znajdziecie mnóstwo recenzji, podcastów itp. Dla mnie dużo ciekawsze było to, co stało się potem. Zaczęłam czytać recenzje zamieszczone w prasie, oglądać i słuchać podcasty. I wyszedł mi niemal tydzień z "Odyseją". Postaram się przekazać Wam najciekawsze moje spostrzeżenia.
Obraz z jednego z pokoi w "Oliwce" Świbno. Przyznam się,że to był mój pierwszy obejrzany w całości film z Mattem Damonem. Ten 55 letni aktor został świetnie ucharakteryzowany na potrzeby filmu( brodę wyhodował sobie sam)Tylko w jednej scenie zastępowała go kaskaderka, co mu się chwali bo film bardzo dynamiczny, a niektóre sceny wymagały tężyzny fizycznej. " Po filmie Nolana została mu dieta bezglutenowa i umiejętność naciągania łuku. Ćwiczył ją do filmu przez kilka miesięcy, tysiące powtórek. Aktorstwo uczy cierpliwości" ( cytat z recenzji Anety Kyzioł " Wojownik z sąsiedztwa", "Polityka" nr32/2026) Minęło 10 dni, a ja nie pamiętam Damona z tego filmu. Tomasz Raczek niestety też nie ma o nim najlepszego zdania.
Obraz z "Oliwki". Jak dla mnie w "Odysei" Nolana postacią nr 1 jest Anne Hathaway w roli Penelopy. Lepszej królowej Penelopy nie można sobie wymarzyć. Piękna, dostojna, królewska.( a ponoć postać drugoplanowa) Pierwsza scena i kolejne w Itace z udziałem zalotników to akcenty szekspirowskie w tym filmie, bo tak Grecy nie biesiadowali.
Z wielką przyjemnością wysłuchałam wywiadu z Antonim Liberą- polskim pisarzem, tłumaczem , reżyserem teatralnym i krytykiem literackim. Oprócz wypowiedzi o filmie rozwodził się na temat heksametru" Heksametr to klasyczny sześciostopniowy wers używany w starożytnej poezji epickiej np. w " Iliadzie i " Odysei" Homera"- AI." U Homera heksametr jest tak świetny,że jego doskonałość nigdy nie została przewyższona, choć tylu poetów posługiwało się tą formą. Nikt nie umiał władać nim z taką lekkością i takim wirtuozostwem, u nikogo nie miał on tej swobody w zmiennych tonach, nigdy w sposób bardziej naturalny nie służył narracji i dialogom"( Jan Parandowski, wstep do "Odysei") A teraz trochę humoru- do czego służy heksametr? Pamiętacie film " Stowarzyszenie Umarłych Poetów"? Tam młodzież zainspirowana opowieściami charyzmatycznego nauczyciela wymykała się w nocy z internatu, żeby w ustronnym miejscu, w głębi lasu, w jaskini recytować poezję. Następnie recytując zaczynali tańczyć w jej rytm, żeby wprowadzić się w trans.
"Rzutem na taśmę" obejrzeliśmy też starszą wersję " Odysei" z 1997 roku.( a po komentarzach widać było,że nie tylko my tak zrobiliśmy)Miałam obiekcje co do Armanda Assante w roli Odyseusza, ale spisał się doskonale. Widać było przemianę młodego lekkoducha w dojrzałego króla i wojownika z Itaki. Ostatnie sceny i lekcja dla Telemacha- rewelacja. Tak w "Odysei" Nolana, jak i wersji z 1997 roku scena z napięciem łuku i wypuszczeniem strzały tak aby przeleciała przez 12 uch wbitych rzędem toporów wygląda rewelacyjnie. I oczywiście przechodzi ją zwycięsko tylko Odyseusz zmieniony w żebraka. " Wtedy Penelopa poddaje mężczyznę ostatniej próbie- każe sługom przestawić ich małżeńskie łoże, na co Odyseusz , który sam wystrugał łóżko z żywego pnia drzewa oliwnego wrośniętego w ziemię, wybucha,że nie da się tego zrobić.(...) Najgłębsze relacje , opierające się na harmonii dusz( homophrosyne),są zbudowane na stabilnym fundamencie wspólnych wartości i przeżyć, tak jak niewzruszalne łoże małżeńskie Penelopy i Odyseusza".( "Moja i twoja Itaka" Trening Odyseusza z tekstu Marty Urbaniak " Sens" nr 9/ 2026) Tej ostatniej próby u Nolana nie ma, ale jest za to symboliczny przedmiot.
Oglądałam też ciekawą recenzję przedstawioną przez młodego yutubera, miłośnika filmów Nolana, filmów fantazy, scenice fiction i współczesnych filmów akcji. Podzielił " Odyseję" Nolana na dwie części: pierwsze 2 godziny i ostatnia 3 godzina. W pierwszej części to nieustanne przeskakiwanie z przygód Odyseusza na przygody Telemacha- bardzo męczący zabieg.U Homera jest to równoległa wędrówka ojca w drodze powrotnej do domu i syna jadącego na poszukiwanie ojca, zakończona przejmującym spotkaniem na ziemi rodzinnej.(Ten motyw wykorzystał na przykład Joyce i na nim zbudował swego " Ulissesa") "Odyseja" z 1997 roku jest filmem linearnym. Zaczyna się od wyruszenia Odyseusza na wojnę z Troją i dalej pokazuje wydarzenia chronologicznie, w trakcie są wplatane wątki z Telemachem.Ostatniej części u Nolana nie skomentuję. Podobno w jednym z wywiadów Sir Nolan powiedział,że chce zrobić " Odyseję" w stylu " Gwiezdnych wojen". Myślę,że miłośnicy takich właśnie filmów oraz gier komputerowych będą tą wersją " Odysei" zachwyceni. Ja nie byłam. Odniesienia do współczesnych wojen, stresu pourazowego może nie były złe, jednak bardzo mało było scen niosących dobre, pozytywne przesłanie. A zdania dające nadzieję były wypowiadane cukierkowo, nienaturalnie, takie ble, ble, ble. Mimo to na pewno warto wybrać się na ten film do kina. Choćby po to,żeby wyrobić sobie własne zdanie na jego temat.
To tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

" Ogród rozpaczy ziemskich "- moje recenzje książek.

Witajcie moi drodzy, lato w pełni. Już sierpień. Znowu czeka nas kilka upalnych dni, więc chcę Wam opowiedzieć o książkach, które udało mi się ostatnio przeczytać. Dziękuję za zaglądanie, czytanie, komentowanie.
W literaturze zapanował teraz nowy trend. Autorzy prezentują sceny z życia, głównie pokolenia milenialsów, ale nie tylko. Pisałam już o książce " Do perfekcji" Vincenzo Latronico, który przedstawiał Włochów mieszkających w Berlinie. Dziś kolejne odsłony w wersji hiszpańskiej i amerykańskiej.
W tym zestawieniu znalazł się thiller - " Weekend" Sherri Smith. Przeczytałam tę książkę za 3 podejściem. Może, gdybym przeczytała ją wtedy, gdy ją kupiłam wywarłaby na mnie silniejsze wrażenie. Przeczytałam, wzięłam się za następne książki i przestałam o niej myśleć. Wszystko co musicie o niej wiedzieć, zdradza okładka. Czytaliście "Weekend"?
Kolejna książka to " Ogród rozpaczy ziemskich" Beatriz Serrano. 32- letnia Marisa pracuje w korporacji w Madrycie. Ma swoje oszklone biuro, co świadczy o tym,że pracuje tam już parę lat i wspięła się w hierarchii korporacyjnej. Wie co jej tam wolno, a czego nie, jak lawirować, żeby wypełniać swoje obowiązki, a jednocześnie wciągnąć innych do projektu i nie angażować się w pracę bardziej niż to konieczne. Na zewnątrz poprawny wizerunek pracownika biura zajmującego się reklamą, a naprawdę...Naprawdę Marisa nudzi się w swojej pracy, nie znosi jej i funkcjonuje dzięki małym tabletkom uspokajającym, które wkłada co rano pod język. Po godzinach odwiedza Muzeum Prado i kontempluje obraz Hieronima Boscha " Ogród rozkoszy ziemskich". Sierpień w Madrycie. W biurze wszyscy skupiają się i planują kampanię reklamową związaną z Świętami Bożego Narodzenia. W każdą środę dzwoni do Marisy matka, z sąsiadem Pablem spędza czas na balkonie, a potem w łóżku. Wspomina Ritę, nieżyjącą koleżankę z pracy i odnawia znajomość z Eleną, koleżanką se studiów.
Początek bardzo obiecujący, a potem trochę wieje nudą. Dopiero na koniec pojawiają się ciekawe zdarzenia i zupełnie nieprzewidywalne zakończenie. Dobra.
Wreszcie najlepsza w całym zestawieniu " Worry" Alexandry Tanner. Jest debiutem amerykańskiej pisarki i redaktorki mieszkającej w Nowym Yorku. "Worry" znalazła się na listach najlepszych książek 2024 roku czasopism takich jak "Vogue", " The New Yorker" i " The Washington Post". Fabuła w skrócie. Do 28- letniej Jules przyjeżdża o 3 lata młodsza siostra Poppy. Jules wynajmuje mieszkanie na Brooklynie, jest po kulturoznawstwie i po studiach postanowiła zamieszkać w Nowym Jorku, pracuje zdalnie pisząc bryki czyli streszczenia lektur dla licealistów pod patronatem wydawnictwa, utrzymuje sporadyczne kontakty ze znajomymi i mężczyznami, obserwuje mormońskie mamuśki na Istagramie.Zajęty zabiegami upiększająceymi ojciec- dermatolog, nie angażuje się w życie dorosłych córek. Opłacił uczelnie, od czasu do czasu zaproponuje darmowy botkoksik i tyle. Matka, która zajmuje się dorywczo różnymi sprzedażowymi sprawami szybciej dotrze do jednej i drugiej dzwoniąc, mailując czy pogada przez komunikatory mediów społecznościowych. Ostrzega Jules przed Poppy,że obecność tej drugiej będzie miała na pierworodną zły wpływ."Jakiś czas temu Poppy próbowała popełnić samobójstwo. Wcześniej wiele lat zmagała sie z depresją.W wakacje po zrobieniu licencjatu zamknęła się w sobie. Rodzice przyjechali do regionu zwanego Research Triangle, gdzie mieszkała, wyprowadzili ją z zapluskwionej kawalerki i zabrali do rodzinnego domu na Florydzie. Mieszkała z nimi przez kilka lat. Uczęszczała na spotkania grup terapeutycznych, podczas których bez użycia nożyczek tworzyła tablice inspiracji ze starych czasopism, borykała się z pokrzywką, która nękała ją od okresu dojrzewania, i każdego dnia myślała o rzuceniu się ze schodów." Pojawienie się Poppy w Nowym Jorku wywraca życie Jules do góry nogami, tym bardziej ,że nic nie wskazuje na to,żeby Poppy miała ochotę wyprowadzić się ze wspólnego mieszkania.
"Worry" pełne jest szczegółów i szczególików, często bardzo intymnych. Kobietki są nurotyczne, wykształcone, inteligentne i prowadzą niekończące się rozmowy na różne tematy. W ich kraju trwają rządy Donalda Trampa, a Internet i media społecznościowe są w pełnym rozkwicie. Jedna influencerka omawijąc tę książkę zastanawiała się-" Po co w ogóle pisze się takie książki?!" Z kolei jeden z komentujących na Lubimyczytać stwierdził-" One potrzebują terapii na wczoraj!" Ale nie da się ukryć- warto tę książkę przeczytać. A czy Wy lubicie tego typu książki ? Faktem jest,że po przeczytaniu zarówno " Ogrodu rozpaczy ziemskich" jak i "Worry" ma się ochotę sięgnąć po coś bardziej optymistycznego.
Uznałam,że do tych książek pasuje mi ta piosenka- "Martwe morze" Budki Suflera. Pozdrawiam Was serdecznie dobrego tygodnia.

niedziela, 26 lipca 2026

Wakacyjne opowieści.

Witajcie moi drodzy. Dziś będzie wszystkiego po trochu i mam nadzieję,że Was zaciekawię treścią. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie.
Port w Świbnie. Zanim wyruszyliśmy z naszej kwatery na wędrówki, podczas delektowania się kawą codziennie obserwowaliśmy "serial"- " Przygody pumy". A zatem w skrócie. W lasach niedaleko Koszalina, w gminie Polanów na początku lipca pojawiła się młoda puma. Najpierw wystraszyła myśliwego, który próbował odgonić zwierzę okrzykiem -" Do budy", a nawet oddał strzał w powietrze. Potem ten duży kot przechadzał się w pobliżu ludzkich domostw, obserwując psy i koty przez ogrodzenie. W dalszej kolejności, każdy, kto ją widział opowiadał o tym zdarzeniu. Kolejnym posunięciem było odłowienie tego dużego kota. Istniały obawy,że będzie to trudne. "Na szczęście zwierzę na kryjówkę wybrało zarośnięty wysokimi trawami pustostan we wsi Krasinka. Tam je złapano, a po nocy spędzonej w Fundacji dla Dzikich Zwierząt "Larus" przewieziono do ZOO w Poznaniu. Okazało się ,że to samica. Skąd puma w Polsce? Nie jest to gatunek naturalnie występujący w Europie, jego siedliska rozciągają się od Kanady po Patagonię. Kocica spod Koszalina raczej nie bała się ludzi, więc najprawdopodobniej uciekła z prywatnej hodowli."( zacytowałam fragmenty artykułu Roberta Jurszo "Polityka" nr 30/ 2026) Wyobrażacie sobie takie spotkanie z pumą w lesie?
Jagodzianka z gdańskiej kawiarni. Ta kosztowała 14 zł, ale spotykałam i droższe.Niezła, aczkolwiek jadłam lepsze. Okazuje się,że jagodzianka to najsmaczniejsza słodka bułka, którą koniecznie trzeba zjeść w lecie. A czy Wam udało się zjeść w tym sezonie jagodziankę, która spełniła Wasze oczekiwania smakowe?
Atrakcja turystyczna: kolejka wąskotorowa. Kursuje na trasie Mikoszewo- Sztutowo. W Stegnie można się przesiąść do drugiej, jadącej do Nowego Dworu Gdańskiego.W sezonie kursuje codziennie, po sezonie w weekendy.
Przeprawa promowa przez Wisłę: Świbno - Mikoszewo. Atrakcja za 5 zł od osoby. Prom stabilizował "Mały Pływak", tak go nazwałam od jednostki pływającej Louisa De Funesa z filmu "Zwariowene wakacje", komedia z 1968 roku. W Świbnie on się nazywał- Kleń.
Papierowa mapa Wyspy Sobieszewskiej. Znalazłam ją na półce w korytarzu.Wypożyczałam i zabierałam na nasze piesze wędrówki, bo w lesie często nie było zasięgu, a co za tym idzie internetu. I tu polecam Wam Pokoje Gościnne " Oliwka" gospodarz zaangażowany, zawsze służył pomocą swoim gościom, w pokojach mieszczących się na parterze - wszystko co potrzeba do codziennego funkcjonowania. W podwórku trzy drewniane domki dla gości, duże podwórko jako parking, czysto i schludnie.
Pyszne jedzenie w Gospodzie "Taaaaka ryba" Tutaj również dbają o klienta. Nie jest tanio, ale potrawy wyjątkowo smaczne.Restauracja czynna w sezonie, po sezonie zamknięta. Od poniedziałku do piątku obiady dnia w przystępnej cenie. Żałuję,że nie zamówiliśmy tam ryby. Rybę zamówiliśmy w Jantarze- porażka. W Pizzerii w Świbnie bardzo dobra pizza na cienkim spodzie.(ale też nie tania) W ubiegłym roku skusiliśmy się na pizzę w Mikoszewie i jak dla mnie,to była najdziwniejsza pizza jaką jadłam w życiu.W menu- pizza z ogórkiem konserwowym.Nie przypuszczałam,że będzie to zmielony ogórek konserwowy rozsmaroway na całej powierzchni ciasta. W tym roku w Świbnie trafiliśmy na wyjątkowo dobrą pizzę, o niebo lepszą, niż ta w Mikoszewie.
Wyspa ma swoją gazetę. Ciekawostka wakacyjna, trochę na inny temat. Okazuje się,że na obozach harcerskich zatrudniani są teraz psycholodzy. Jeden ze specjalistów stwierdził - " Dzieci przychodziły z tym , co się u nich dzieje w życiu. Również z problemami domowymi." Psycholożka Ola wspominała zdarzenie, które jej najbardziej utkwiło w pamięci." 9- letni Franek( imię zmienione) uciekł do lasu. Wybiegł ze stołówki z krzykiem - "Idę do domu!"Zatrzymał się po kilkuset metrach. Usiadł między drzewami i nie pozwalał się do siebie zbliżyć.Krzyczał tym głośniej, im bliżej ktoś z kadry próbował podejść. Instruktorzy stali z daleka i nie wiedzieli , co robić. Ola podchodziła powoli. Nie mówiła dużo. Usiadła w pewnej odleglości- na tyle blisko, żeby ją usłyszał, na tyle daleko,żeby nie czuł się osaczony. Czekała. Po chwili chłopiec przestał krzyczeć. Ola zaproponowała ćwiczenie oddechowe. Obiecała telefon do rodziców.Franek wrócił. Po rozmowie z rodzicami uznał,że jednak może zostać na obozie.(...)W 10- osobowym namiocie urządziła gabinet. Wstawiła dodatkowe łóżko, które pełniło funkcję terapeutycznej kozetki. Wejście było z dwóch stron, żeby nikt się nie krępował wizyty przed kolegami. Harcerze przychodzili czasem tylko po to, żeby poleżeć na kozetce. ( "Obóz na kozetce" tekst Aleksandry Pezdy " Newsweek" nr 28/2026)
Kawiarnia "Uboga krewna" w Gdyni.Ponownie ją odwiedziliśmy. Była kawusia i serniczek.
I tutaj chciałabym polecić książkę na wakacje. Marek Stokowski " Święty Leonard z pól" Kilka słów o autorze. Marek Stokowski(rocznik 1957)urodzony w Warszawie, żonę znalazł w Olsztynie, przez 40 lat był kustoszem w zamku w Malborku, obecnie na emeryturze,mieszka na wsi na Żuławach Kwidzyńskich. W swoich książkach " Samo-loty" i "Lotnicho" rozlicza się z młodością w czasach PRL."Święty Leonard z pól" to książka pisana ku pokrzepieniu serc, z humorem. Leonard w skrócie zwany Leo, jest emerytowanym strażakiem,wdowcem, który z Gdańska przywędrował na żuławską wieś.( w pobliżu Wisła, Liwa i Nugat)Zamieszkał w ceglanym mennonickim domu. Miał pasiekę,latem na gnieździe mieszkały bociany, łowił ryby w Liwie, którymi się dzielił ze swoimi kotami.Pewnego razu pojawił się w jego obejściu kominiarz- domokrążca, który mówił językiem Cervantesa y Saavedry, odbył rozmowę z Leo, wskazał mu kierunek dalszej egzystencji. Od tej pory Leo patrolował na rowerze okolicę i pomagał ludziom. Czasem już sama jego obecność była bardzo pomocna.Przypominał Don Kichota z La Manchy.Święty Leonard z pól to powieść drogi z akcentami rycersko - duchowymi, bo jakże by inaczej. Pan Marek, który tyle lat pracował w średniowiecznym zamku bardzo ceni sobie cnoty rycerskie -pomagaj słabszym i duchowe. Dla mnie niesamowite było to, jak opisał codzienność i Żuławy. Tak książka zrobiła na mnie takie wrażenie,że zaczęłam szukać innych książek o Żuławach. I kolejną bardzo dobrą pozycją był reportaż Tomasza Słomczyńskiego- " Delta. Przez Żuławy" A potem dwu tomowa saga historyczna Sylwii Kubik- "Ucieczka z Mielez" i "Powrót do Miłoradza" Gdańsk to typowe Kaszuby, ale Świbno dzięki Wiśle i przekopowi 1891- 1895, przynależy do Żuław.
Kwadraty babuni nad Wisłą. I tym akcentem kończę. Dobrej Niedzieli i przyszłego tygodnia Wam życzę!

poniedziałek, 20 lipca 2026

Sztorm. Wyspa Sobieszewska - Świbno.

Witajcie. Dziękuję za zaglądanie, czytanie, komentowanie. Dziś będzie o sztormie na Bałtyku, który koniecznie musieliśmy zobaczyć. Co można robić w czasie sztormu zaraz Wam opowiem.
Wróciliśmy do Świbna na Wyspę Sobieszewską.Wyspa Sobieszewska, najbardziej tajemnicze i urokliwe miejsce w Gdańsku. Zielone płuca miasta, całkiem spore, bo mierzące aż 35 kilometrów kwadratowych. Jako część Mierzei Wiślanej, jest jednocześnie wschodnią dzielnicą Gdańska. Stanowi zagadkę dla samych Gdańszczan, niektórzy nadal nie zdają sobie sprawy,że ten przepiękny teren znajduje się tylko 25 minut drogi od zabytkowego centrum! Prawda, tyle ,że autobus linii 212 spod dworca PKP Gdańsk Główny do Świbna jedzie godzinę, a swoją metę ma przy śluzie w Przegalinie. Mały rekonesans po zakwaterowaniu. Przybyło lokali gastronomicznych, które w sezonie wznowiły swoją działalność. Dragon Bar- ogródek na powietrzu., Gospoda- Restauracja Taaaaaka Ryba i budka z zapiekankami przy wejściu do lasu, na szlak do Mewiej Łachy. Prom ze Świbna do Mikoszewa ze względu na wysoką falę na Wiślie zawiesił działalność. Wyspa Sobieszewska stanowi prawdziwy ewenement w skali całego kraju , od południa obmywana Martwą Wisłą, od zachodu Śmiałą Wisłą od wschodu - Przekopem Wisły.Powitanie morza. Już z daleka słychać było wycie morskich fal.Jedną z największych zalet Wyspy stanowi piękna i szeroka plaża( do 70 mszerokości i 11 km długości) oraz czysta woda w kąpieliskach. Nawet w szczycie wakacyjnego szaleństwa nie ma mowy o tłoku na jasnym drobnym piasku. Turyści mogą korzystać z wygodnych , utwardzonych dojść... wszystko prawda, oprócz ostatniego zdania.W Świbnie dojście do plaży trwa długo. Najpierw po pagórkowatym terenie leśnym, potem kilkaset metrów po piasku.Ostatni etap przed wejściem na plażę stanowi dość wyczynowy spacer. A jednak, gdy ktoś to polubi i zakocha się w Wyspie, będzie szedł, wściekał się i jednocześnie cieszł się z tak pięknych okoliczności natury. W czasie sztormu na wydmach trzeba dodać efekt burzy piaskowej. Kiedy wreszcie dotarliśmy na plażę, zobaczyliśmy wzburzone morze i garstkę ludzi spacerujących po plaży. Wymienialiśmy miedzy sobą porozumiewawcze spojrzenia-Jest Extra!
Wracaliśmy ścieżką nad Wisłą prowadzącą z i do Rezerwatu "Mewia Łacha"Rezerwat "Mewia Łacha" stał się ulubionym miejscem fok szarych, a także jedyną w Polsce kolonią rybitwy czubatej Tymczasem ścieżka prawie w 3/4 była zalana falami Wisły. W normalnych okolicznościach można ją pokonać w godzinę, teraz trzeba było iść bardzo wolno brodząc w wodzie po kolana. A propos już wiosną była mowa o tym,że latem będzie tak zwana cofka.Ozanaczało to,że wody Bałtyku będą mieszały się z wodami Morza Północnego, w efekcie woda naszego morza będzie zimniejsza.Miało to miejsce w czasie naszego pobytu w Zatoce.Podniósł się poziom Wisły przy Ujściu. Idąc zalaną ścieżką miało się wrażenie,że w każdej chwili fala rzeczna porwie nas w swój nurt.
Widok na Ujście Wisły z promu. Prom ruszył, gdy tylko fala na Wiśle się uspokoiła.
To zdjęcie nawet w niewielkiej części nie ukazuje tego, co działo się w Ujściu Wisły w tamtym czasie. Tysiące rybitw nad wodami Wisły. Na zdjęciu to małe, białe punkciki.
Zapytaliśmy AI o ptaka widocznego na zdjęciu. Odpowiedziała w kilku zdaniach,że to ptak brodzący nad brzegiem morza szukający pożywienia itd itp. Tymczasem to najprawdopodobniej biegus zmienny. Sztuczna inteligencja, gdy nie wie zasłania się słowotokiem.
I dochodzimy do stałego miejsca grzebalnictwa na Wyspie. Właśnie w tym miejscu, gdzieś po środku, miedzy Sobieszewem, a Świbnem morze z niezliczoną ilością drewnianych odłamków wyrzucało bursztyny.Jednak znalezienie ich wymagało zaangażowania i determinacji. Próbowałam coś znaleźć, nic z tego nie wyszło. Machnęłam ręką. Tymczasem widziałam jak dziewczyna miała całą przeźroczystą torebeczkę drobnych bursztynków i ciągle zbierała więcej. Słyszałam jak mama upominała córkę- " Mila zostaw te muszelki. Bursztyny zbieraj!"
Nic nie przeszkadzało właścicielom i ich psom w spacerach, i zabawach na plaży.Jednak kiedy wycie sztormu było największe, widziałam,że niektóre psy - owczarek niemiecki i lablador- siedziały zdezorientowane, wystraszone.
Któregoś razu zaraz po wiejściu na plażę zobaczyliśmy krąg tańczących kobiet. Ich pląsy nagrywał dron.
Byli i tacy, którzy przemierzali plażę na rowerze.
Po kilku dniach sztorm ucichł, zrobiło się cieplej i można było zająć się plażowaniem.
To tyle na dziś.Informacje pogrubionym drukiem pochodzą z folderu o Wyspie Sobieszewskiej. Pozdrawiam Was serdecznie. Dobrego tygodnia.

niedziela, 28 czerwca 2026

Upał. Książki.

Witajcie, upał spowodował,że od piątku bardzo ograniczyłam wychodzenie na zewnątrz. Dziś u nas + 42 stopni, apogeum tej ekstermalnej pogody.Jest okazja,żeby odwiedzić Wasze blogi, nadrobić zaległości. Dziękuję dziś szczególnie za dyskusję, która wywiązała się pod porzednim postem. Nie chcę narzekać, ale czasem mam ochotę wziąć" na tapetę" trudniejsze, kontrowersyjne tematy. I z ulgą odniosłam wrażenie, że to akceptujecie. A może się mylę?! Dziś będzie post o przeczytanych książkach.
Właśnie wypiłam kawę, co u mnie raczej sporadycznie się zdarza, bo wolę herbatę. Ostatnio w Biedrze wypatrzyłam taką oto roślinkę- kawa, w ładnej osłonce. Kupiłam ją, bo jej listki ciemnozielone i błyszczące przypominają mi gardenię. To jest dopiero wymagająca roślina! W zasadzie jedna i druga- kawa i gardenia.Z tą roślinką weszłam do maleńkiego baru na lody.
Oprócz roślinki kupiłam też książkę, która była w promocji- "Reneta" Barbary Kalickiej.( ur. 1981) Książka liczy 100 stron i można ją przeczytać w jedno popołudnie. I ja tak właśnie zrobiłam. Z książkami mam ostatnio pewnien problem. Zaczynam czytać, początek zapowiada ciekawą treść, a potem niestety - im dalej w las, tym bardziej nudno, moje zainteresowanie gdzieś ulatuje, do tego stopnia,że nie mam ochoty dalej czytać. Próbuję ustalić co jest tego powodem, ale łatwiej jest zacząć czytać kolejną książkę. Tymczasem "Renetę" zaczęłam i dokończyłam jeszcze tego samego dnia. Recenzja z okładki " Musiała wydarzyć się katastrofa, bo Mira( lat 22) wraca do miasta ze swojej przeszłości. Zamieszkuje w domu, którego ułamek należy do niej, reszta do jej ciotecznych sióstr, Anki i Róży.Nowa praca polega na przedzieraniu się przez hałdy na wpół zużytych tekstyliów, segregowaniu, decydowaniu o tym, co da się uzdatnić, a co należy zutylizować.(...) "Reneta" to postapokaliptyczna opowieść o tym, jak wiele razy można restartować własne życie. O zmęczeniu, ruchu i zastyganiu. O tym ,że niektóre jabłka rodzą sie stare." Bardzo ciekawe były dla mnie fragmenty mówiące o wspólnym zamieszkiwaniu w jednym domu- Miry, Anki i Róży. I w zasadzie mogło być tego więcej, zamiast wspomnień erotycznych Miry i retrospekcji z poprzednich prac. Do Miry należało 4/17 domu. Anka umieściła ją w pokoju pełnym kaktusów. Niektóre z tych kaktusów były okazałe. "Pamięta,że nienawidziła ich, kiedy była mała( Anka), bo jej matka poświęcała im stanowczo za dużo uwagi. Teraz kaktusy prawie Anki nie obchodzą. Prawie, bo raz jeden z nich spadł jej z drewnianej półki na głowę i na jakiś czas częściowo od tego wyłysiała- Chodziłam z taką idiotyczną dziurą we włosach, wszyscy chcieli wiedzieć , co mi się stało." W trakcie czytania trochę mieszały się czasy, można się było zgubić w tym co działo się aktualnie, a co było retrospekcją. Mimo to książka mi się podobała. Nie świetna, nie bardzo dobra, ale dobra. I jeszcze jeden fragment, gdzie Mira w jednej z poprzednich prac brała udział w manifestacji. Pisownia oryginalna-" Czas najwyższy będziemy się stowarzyszać, dość tego, będziemy dalej szli razem, nauczono nas,że sojusze są tylko na chwilę,że należy z nich korzystać w ograniczonym zakresie, robić tak,żeby zaraz potem można się było z nich wydłubać, ukazać się w przepełnej krasie, ale od dawna już widać,że raczej nic z tego, nie jesteśmy tacy samodzielni i ładni, jak to się mogło wydawać, z przedsiębiorczości mieliśmy po trói, i owszem, ci z naszych kolegów, którzy zdali ją celująco, nie siedzą dziś z nami w lesie z koślawej kresekówki, ale my przecież mamy prawo, czas to sobie powiedzieć, to nie jest świat tylko dla moniki bellucci, dla tych, którzy pokończyli ekonomię z zarządzaniem, dość tego, od startu było nam przecież mówione, że nie wolno żyć jak nasze matki, nie wolno przychodzić przez trzydzieści pięć lat do jednego zakładu, z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, kogo tam spotkamy i co dokładnie jest do zrobienia."
I jeszcze jedna książka. Tym razem dla dzieci. Duet dwóch kobiet. Sabine jest autorką, Emilia ilustratorką. Ta książeczka mnie zachwyciła i wybrałam ją w księgarni w maju, do czytania dzieciom. Prosta historia, pięknie ilustrowana, która dzieciom się bardzo podobała. A potem jeden z chłopców, który słuchał tej opowieści, przyszedł z mamą i kupili obydwie książki tego duetu jakie w księgarni były na stanie. A opowieść jest taka. Ptasia mama wysiadywała w gniazdku jajka, z których się wykluły pisklęta. Ze wszystkich, oprócz jednego. Maluszek z ostatniego jajka się spóźniał. Ale nadszedł ten dzień i ostatnie jajko pękło, a mały ptaszek różnił się trochę od swoich sióstr i braci. Kiedy tamte już wyfrunęły z gniazda, on był ciągle niegotowy i ciągle przekonywał swoją mamę,że jutro, ale to naprawdę jutro będzie dzielny. Inne dorosłe ptaki doradzały ptasiej mamie,żeby wypchnęła go z gniazda, może wtedy poleci, ale ptasia mama postanowiła dać maluchowi czas. Dużo z nim rozmawiała, a on pytał, czy jeśli wyleci z gniazda, rodzice - mama i tata, nie będą za nim tęsknić . Wtedy mama przekonywała go, że i tak mieli go dłużej niż pozostałe dzieci. I pewnego dnia mały ptaszek zdobył się na odwagę i pofrunął.
I to byłoby tyle na dziś. Dobrego tygodnia Wam życzę. W moim regione burze przewidywane są na wtorek, środę.

piątek, 26 czerwca 2026

O odpoczywaniu.

Witajcie! Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie.Dziś będą różne tematy.
Na początku czerwca wybraliśmy się na małą wycieczkę do lasu. Wcześniej wstąpiliśmy do wiejskiego sklepu na lody. Siedzieliśmy na kanapie nieco już nadgryzionej przez ząb czasu, jedliśmy lody i patrzyliśmy na rozległy plac przed sklepem. Z jednej strony las, z drugiej ściana wysokich drzew, rząd komórek i nieużywany już dystrybutor paliw. Kalina stwierdziła- " Stacja paliw jak z amerykańskiego horroru". Lubię taką infrastrukturę, działał na mnie klimat tego miejsca. Jeszcze pare lat wcześniej ten sklep cieszył się znacznie większą popularnością. Dziś też podjeżdżają klienci, ale to już nie to samo. Miejsce nie tętni życiem jak kiedyś, najlepsze lata ma już za sobą. Gdzie zatem robią zakupy mieszkańcy okolicznych wsi, czyżby jeździli do oddalonych o 11 kilometrów marketów małego miasteczka?! W miejscach wykluczonych komunikacyjnie działają objazdowe sklepiki. Kupują w nich najczęściej seniorzy, którym trudniej opuścić miejsce zamieszkania. Czasem w takim sklepiku oprócz artykułów spożywczych znajdą się też ubrania damskie i męskie. A sprzedawca przywozi również smakołyki na zamówienie swoich klientów.
Na przełomie maja i czerwca kwitły moje ulubione rośliny zielne- Trybula Leśna i Podagrycznik Pospolity. Są to gatunki roślin z rodziny selerowatych. Do tej rodziny należy ponad 4000 gatunków roślin. Dwie wymienione mają bardzo podobne kwiatostany - baldachy, ale nieco inne listki. Przy czym podagrycznik był ( a może jest nadal) używany pomocniczo przy leczeniu podagry. Co ciekawe do tej rodziny roślin zaliczają się też trujące i inwazyjne rośliny: Szalej jadowity, Barszcz Sosnowskiego i Blekot pospolity. Dawniej mówiono- Gada, jakby najadł się blekotu, czyli mówi bez sensu, bajdurzy.Jednym słowem gada głupoty.
Czyż taki leśny dukt nie wygląda zjawiskowo?!
Był spacer, żadnego siadania na trawie, a tymczasem w drodze powrotnej stwierdziłam, że coś mnie- mówiąc kolokwialnie- oblazło. To małe, przeźroczyste pomarańczowe "przecinki". Ubranie do prania i ja do "prania". A jeszcze na dodatek zauważyłam- o, zgrozo-że po ręce chodzi mi kleszcz. Wziełam go chwytem pęsetkowym, otworzyłam okno i wyrzuciłam z pędzącego samochodu- Zdobywaj przestworza, ty mały potworze! A swoją drogą, czy kiedyś tak reagowaliśmy na wszelkiego typu robactwo? Leżało się na kocu, na trawie i nikt się nie przejmował żyjątkami. Co najwyżej obawialiśmy się mrówek, zwłaszcza tych dużych, czerwonych. Kleszcze?! Mówiło się,że owszem te zarażające boreliozą żyją sobie i atakują ludzi na Mazurach.
W bieżacym numerze "Polityki" znalazłam bardzo ciekawy artykuł "Zajeżdżeni" Rozmowa z prof. Arkadiuszem Karwackim z UMK w Toruniu o przemęczonych Polakach i o tym , co zrobić, by naprawdę odpocząć. Wymieniony socjolog na podstawie badań w postaci pamiętników bezrobotnych oraz jeszcze jednego konkursu - na prace obrazujące codzienność Polaków w dobie upowszechnienia Covid 19, po przeczytaniu ponad tysiąca pamiętników i dziesiątki tysięcy stron, podsumowuje badanie jednym słowem- umęczenie." Odczuwamy wiele zadowolenia z życia osobistego, rodzinnego- o ile ktoś ma rodzinę. Ale praca odbiera nam tę radość.Negatywnie oceniamy poziom wynagrodzeń. Nie tyle sama praca jest problemem, ile relacje w niej panujące i poczucie zagrożenia, że pracę stracimy.Brak stabilności jest stresorem w polskich realiach." I kolejne gorzkie słowa- " Mamy kulturowo wdrukowaną wizję wartościowej jednostki, która swoją pozycję wyraża poprzez konkurowanie, osiąganie celów, których pułap należy ustawiać wyżej i wyżej( ...)Nieustannie spalamy się w rolach( ojciec , mąż , naukowiec, osoba społeczna) i w każdej z tych ról oczekuje się od nas ciągłego potwierdzenia wartości, akceptacji , zgodności ze społecznymi oczekiwaniami." Twierdzi,że trzeba nauczyć się czegoś więcej niż odpoczywania. Sam przeżył kryzys, po którym zrozumiał,że dalej nie chce i nie może tak żyć. Oprócz antydepresantów pomogła mu książka " Mindfulness- trening uważności". Zaleca bieganie, które daje kontakt z naturą, odcina od bodźców związanych z pracą, pozwala zrzucić stres zawodowy. Powołuje się na badania harvardzkie, które są najdłużej realizowanymi badaniami nad zagadnieniami szczęścia, zdrowia i długowieczności. Wynika z nich,że najważniejsze są relacje, w których możemy się czuć swobodnie, " nie grać w status". Inwestycja w relacje, przyjaźnie, udany związek jest kluczem do poczucia szczęścia. ( "Polityka" nr 26. 24.06- 30.06.2026. Rozmawiał z profesorem Juliusz Ćwieluch)
" Dobre życie często wygląda zwyczajnie. To spokojny sen, ciepła herbata, stół, przy którym można usiąść bez pośpiechu. Ludzie, przy których nie trzeba nikogo udawać."- znalezione w sieci. Weekend zapowiada się upalny. Miłego i udanego weekendu Wam życzę.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Powitanie lata.

Dzień dobry. Zaczęło się lato. Zaczęło się nawet z pewnym przytupem- o czym za chwilę. Dziękuję za zaglądanie , czytanie, komentowanie. Witam nowe obserwatorki mojego bloga. Mało mnie teraz na blogu. Jeszcze nie odpowiedziałam na wszystkie Wasze komentarze, jeszcze nie odwiedziłam Waszych blogów. Ale zapewniam Was,że mam to wszystko na uwadze.Dziś chciałabym opowiedzieć o spektaklu. I to może nie o jednym...
Lato postanowiliśmy powitać w Łodzi w Ogrodzie Botanicznym spektaklem- "Po drugiej stronie mgły. Tam gdzie tańczą Rusałki" Cała plenerowa impreza zaczynała się o godzinie 22.00, ale do Ogrodu można już było wejść o 20.00.
Dla widowni w kilku miejscach było przygotowanych dużo, dużo krzeseł, pod drzewami koce. Natura dzielnie asystowała. Przed koncertem kumkały żaby, kaczki to pływały po stawie, to wzbijały się do lotu. Burza z oddali użyczyła swoich błyskawic...
Spektakl trwał prawie 2 godziny. Nad całością czuwała pani dyrektor Teatru Muzycznego w Łodzi, tańczyli i śpiewali studenci Szkoły Muzycznej i Zespół Tańca Ludowego "Harnam".Wspierały Fundacje- im. Marii Fołtyn, Zielona Łódź, Zarząd Zieleni Miejskiej w Łodzi. I muszę powiedzieć,że dawno nie widziałam i nie słyszałam czegoś tak przepięknego. Owszem na początek weszły dwie boginie, ale potem były też akcenty chrześcijańskie. Cały spektakl układał się w opowieść muzyczno- wokalno- taneczną. Prowadzący- wprowadzający trochę " smęcił", ale najwidoczniej założenie było takie,żeby poruszyć wiele wątków. A zatem była matuś, która miała wiele córek, w tym dwie na wydaniu. A one: Kasia i Marysia, obydwie kochały się w Jasiu.I potem o tego Jasia między sobą walczyły. Wygrała Marysia, dla Kasi tragicznie się ta rywalizacja zakończyła. Na weselu Marysia miała wyrzuty sumienia ( Właśnie- a dlaczego nie Jaś?) W tle gdzieś tam była mowa o wojnie, o poległych, o żalu i żałobie.( czyżby nawiązanie do wojny u naszych sąsiadów?) W pewnym momencie zrobiło się tego nawet za dużo i zastanawaialiśmy się czy to "Dziady" albo Zaduszki. I to był ten jeden minusik, który się pojawił, na chwilę zdominował i ciut przynudził. Poza tym świetna muzyka. Pieśni ludowe np. "Pije Kuba do Jakuba", pieśni "kresowe"- Tak naprawdę nikt z nas nie wiedział w jakim języku śpiewają pieśń a cappella, chóralnie i z podziałem na głosy, ale było to tak niesamowicie piękne,rzewne, że aż ciarki szły po skórze. Był ukłon w stronę narodowych tańców polskich- kujawiak, mazur i oberek, wytańcowany ,że hej. Gdzieś w połowie przedstwaienia dziewczęta rzucały wianki na wodę( nikt ich potem nie wyławiał, po imprezie- na pewno). Pod koniec przy śpiewie chóru młodzian na łodzi podpływał do przygotowanych stosów drewna i podkładał ogień. Płomień wznosił się w górę,polana trzaskały, a iskry z ognisk leciały wysoko...
My najpierw siedzieliśmy, a potem doszliśmy do wniosku,że lepiej widać stojąc, przy okazji można się było pokolebać, dziewczyny stojące niedaleko nas nawet tańcowały, co było zrozumiałe, bo nogi same chciały tańczyć. Nagle wcisnął się między mnie i męża młody człowiek. Powiedział,że jest z Radia Łódź i prosi o kilka zdań. Jak przyszła moja kolej zastosowałam słownictwo jakbym była z Podlasia, ale potem machnęłam ręką, pomyślałam - to się wytnie. A propos mała dygresja. Kiedyś moje kuzynki- bliźniaczki często asystowały na planach filmowych. Nawet mi poleciły jeden serial- " Ciocia, oglądaj, oglądaj, to nas zobaczysz." I oglądałam,oglądałam co tydzień jeden odcinek. I nic! Zapytałam je niedawno o ten serial- " Naprawdę grałyśmy, ale nas wycięli". I tak to bywa z tymi publicznymi wystąpieniami.
Na koniec, już po spektaklu, ktoś przez mikrofon ogłosił,że są trzy wyjącia z Ogrodu Botanicznego i lepiej się pospieszyć ( a ogród duży i rozległy) bo za 30 minut bramy zostaną zamknięte. Musieliśy jeszcze przejść ze 2 kilometry, bo samochód zaparkowany był pod basenem " Fala". Przy okazji- na Zdrowiu, większość trawników niewykoszonych, trawa do pasa, widać,że stosują się do wprowadzonych w mieście przepisów ( czytam łódzki dziennik- Exspress Ilustrowany to jestem na bieżąco) W domu byliśmy około godziny 2.00. Tymczasem burza nad ranem dawała swój spektakl. W pewnym momencie tak huknęło, że nie było prądu. Potem ulewa. A nam się dobrze spało. Ho, ho nie tylko my witaliśmy lato. Między blokami na ławeczce śpiewał chórek lekko zachrypniętych mężczyzn.- Tańcz, tańcz, tańcz kiedy inni tańczą..." I tak w kółko, to samo. Sprawdziłam.To piosenka w wykonaniu "Long i Junior". Dalej to idzie tak:" I pij, pij drinka z pomarańczą. I skacz, skacz, skacz kiedy inni skaczą. I baw się, baw niech wszyscy się patrzą."
W tle peoni- duża sznurkowa podkładka, utkana palcami przez koleżankę Olę.Dobrego tygodnia Wam życzę.