niedziela, 14 czerwca 2026
Wycieczka 12 czerwca 2026.
Dzień dobry, od kilku dni pada deszcz. Jest on bardzo potrzebny, bo susza zaczęła dokuczać. Jest też okazja,żeby zaszyć się w domu i wykonać zaległe czynności, a także napisać post na blogu. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Witam nowego obserwatora mojego bloga- Gila. Dziś chciałabym napisać Wam o wycieczce, którą miałam okazję niedawno oprowadzać po Tumie, Grodzisku i Skansenie w Kwiatkówku.
Mam nadzieję,że Wam się spodoba moja opowieść.
Któregoś dnia na początku tygodnia zadzwonił do mnie kolega K. z panią O.,że mają do mnie prośbę i jestem ich ostatnią deską ratunku. Okazało się,że proszą mnie o oprowadzenie po Tumie i skansenie w Kwiatkówku grupy dzieci klasy 4-8 szkoły podstawowej. Początkowo nie chciałam się zgodzić, bo dawno nie oprowadzałam. Wiązało się to bowiem najpierw z siedzeniem w książkach w celu przypomnienia sobie całej gamy informacji potrzebnych na taką okazję.Ale,że prosili i prosili w końcu się zgodziłam, bo zawsze bardzo lubiłam to oprowadzanie po zabytkach, a praca z dziećmi to dla mnie mega przyjemność. Owszem miałam świadomość,że minęło trochę czasu, a dzieci i technologia to już trochę mieszanka wybuchowa. Jednak uważam- zacytuję tu słowa Krzysztofa Dziermy słynnego księdza z serialu podlaskiego "U Pana Boga w ogródku"- Czasy są inne,ale jakby te same. Co w dalszej części dostosuję do konkluzji z tej wycieczki. A zatem obłożyłam się książkami. Zaczęłam od " Dziejów Polski" tom 1 do 1202 roku Andrzeja Nowaka, dalej przejrzałam pożyczoną z biblioteki kupkę książek między innymi " TumJest. Archikolegiata w królewskim Tumie" księdza Piotra Nowaka, a skończyłam na " Życie w chłopskiej chacie" Kamila Janickiego. Byłam już fest zaczytana i zagłębiona w testamnent Wybrańca Marsa czyli Bolesława Krzywoustego, gdy zadzwoniła do mnie pilotka tej wycieczki- Dzieci 45, klasy od 1- 4, główne zainteresowanie - szukanie na kolegiacie śladów diabła Boruty. Na wielką historię oczywiście szkoda czasu, bo trzeba dzieci bawić,bawić i ewentualnie trochę czymś zaciekawić.Miałam na to 2 i pół godziny. I jeszcze wizyta na Grodzisku. Gwoździem programu tej wycieczki miała być wizyta w kopalni soli w Kłodawie. A zatem wszystkie opasłe tomiszcza poszły w kąt, na wierzchu została tylko niewielka objętościowo monografia o Tumie księdza Piotra Nowaka. Mogliśmy się bowiem nie we wszystkim zgadzać, ale okazało się,że ksiądz Nowak na końcu swojej książki zamieścił swoje ulubione legendy o diable Borucie, dokładnie te, które były mi potrzebne.
Po godzinie 8 rano wyznaczonego dnia wskoczyłam na swój rower i pojechałam najpierw zrobić krótki rekonesans w miejscu wycieczki. Było wcześnie, na skansenie tylko ochrona i między innymi S. który jako jedyny z dawnej skansenowej ekipy nadal tam pracuje. Usiadłam z nimi, S. zrobił mi herbaty. Czas szybko biegnie, gdy się gawędzi.Przy okazji zebrałam kilka szczegółów technicznych. Nigdy niewiadomo, co się może przydać. Poprosiłam S. o wykład na temat pozyskiwania torfu i garść ogólnych informacji o tym roślinnym zasobie, zapytałm też o sposób wykonania polepy w wiejskiej chacie. Dostałam dokładne informacje, treściwie i krótko podane. Przed 10 przeszłam pod Kolegiatę i zaczęłam czekać na wycieczkę. Zajrzałam też do Kolegiaty. Ksiądz usadził wycieczkę dorosłych w ławkach i opowiadał z ambony historię kolegiaty. W tym czasie ktoś otwierał mały, drewniany kościół Św. Mikołaja, więc była okazja tam zajrzeć, zanim wejdą tam ludzie z wycieczki. Autobus z dzieciakami, pilotką i nauczycielami pojawił się na horyzoncie z małym opóźnieniem. Kiedy wszyscy wyszli z autokaru, przywitałam się i zaczęłam swój program. Kierowcę skierowałam na parking skansenu, bo ten duży pod kościołem był już zajęty. Okrążyliśmy Kolegiatę, bo główne ślady znajdują się od strony południowej. Zanim powiedziałam legendę krótkie wprowadzenie i jednak trochę informacji historycznych. W przypadku dzieci monolog się nie sprawda, bardzo dobre są pytania aktywizujące i metoda zwana " burzą mózgów". Zagadek było sporo, a czas leciał. Jako,że kolegiata stała otworem postanowiłam z dzieciakami wejść do przedsionka i powiedzieć im trochę o słynnym romańskim portalu północnym. Zwróciłam im uwagę na to,że ludzie w średniowieczu nie umieli pisać i czytać dlatego musieli oglądać najważniejsze historie ukazane w obrazkach. Dziś historia zatoczyła koło i znowu jest dużo obrazków, dlatego tak ważne jest,żeby umiały pisać odręcznie, liczyć w pamięci i czytać książki. W tym czasie przyszedł ksiądz i polecił,żebyśmy weszli do kościoła, on zaraz przyjdzie do nas. Usadziłam dzieciaki w jednym rzędzie ławek i zaczęłam im zwracać uwagę na najważniejsze detale budowli. Potem zaczęliśmy testować konfesjonał dla trędowatych. Właśnie byłam w toku, las rąk w górze, gdy przyszedł ksiądz.- A co to za konkursy tu się odbywają?. Popytał dzieci o I komunię i miejscowość, z której przyjechali. Jak zdążyłam się zorientować najwięcej na wycieczkę przyjechało pierwszoklasistów. Jeden dzieciak wstał i powiedział- Ja jestem ateistą i u żadnej komunii nie byłem.
Czas gonił i ruszyliśmy na grodzisko. Trzeba było uważać,bo po ostatnich deszczach droga na niektórych odcinkach zrobiła się błotnista.A błoto było dość gęste, można tam było zostawić buty. Dodatkowo rozjeżdżały ją wcześniej maszyny ciężkiego sprzętu. Zanim weszliśmy na teren grodziska obejrzelimy i omówiliśmy je sobie z pewnej odległości. Na koniec dzieci zgadywały ile mogła kosztować taka rekonstrukcja. Nikt nie zgadł. A to ,że kosztowała 12 milionów złotych wzbudziło ogólny podziw. W środku zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Ale było tam na to sporo miejsca. Pozwoliłam im wejść na wieżę, a wcześniej kazałam przyjrzeć się pierścieniowi Ksieżnej Salomei na dużym zdjęciu i zapamiętać jak wygląda, by móc go swoimi słowami opisać. Kolejny hit po szukaniu śladów diabła Boruty- machanie z wieży do wszystkich, którzy stali na dole. Jak zeszły zarządziłam zabawę zespołową w "Trzeciaka". Kiedy w pełni pojęły reguły były zachwycone, ale znowu czas naglił i trzeba było ruszyć do skansenu. Błoto robiło się trudne do przebycia, musieliśmy iść gęsiego po miedzy. Ekipa składająca sie z kilku ludzi i maszyny kończyła właśnie drewniany pomost plus minus 150 metrów łaczący drogę z drewnianą ścieżką szlaku edukacyjnego. Z pierwszej deski tego nowego pomostu wystawała dość duża śruba, którą sympatyczny pracownik przykrył butem,żeby nikt z wędrowców nie doznał szkody na ciele. Ścieżka wije się łąkami tworząc prawdziwe meandry. Ta trasa do grodziska ze skansenu ma około 2 kilometrów.( i co zrozumiałe- w drugą stronę tak samo) Jest przepiękna. Wszystkie trzy obiekty doskonale widoczne- z tyłu Grodzisko, z boku Kolegiata, z przodu skansen z wiatrakiem- koźlakiem. A wszystko w bliskim kontakcie z przyrodą.Dzieci nie wzięły ze sobą niczego, nawet kurtki nie były potrzebne.Jakby specjalnie dla nas - okno pogodowe, słonecznie, ciepło, ale nie gorąco. Mogły mieć ze sobą picie, bo po drodze stękały. Oczywiście cały czas ich słuchałam i rozmawiałam z nimi, z tymi co szły blisko mnie. A były i takie pytania oczywiście- Proszę panią, kiedy dojdziemy? Kiedy pojedziemy do kopalni, o której pojedziemy do kopalni, ja chcę pić, ja chcę siusiu...Nagle usłuszałam ptaka w zaroślach. Przystanęliśmy i zamarliśmy w ciszy. Ptak ponowił swoje trele. I jeden głos w tej ciszy- Technologia! - Ja Ci tu dam technologię- powiedziałam- to żywy, prawdziwy ptak śpiewa. Przed dojściem do skansenu był jeszcze jeden ciekawy incydent. Schwyciłam chłopca za łokieć, bo by się przewrócił- Ja cię bardzo przepraszam,że musiałam to zrobić, bo byś upadł. Spojrzał na mnie- Nie lubisz,żeby Cię dotykać? A on- Bardzo lubię!
W skansenie zaczęliśmy od oglądania kuźni, widziałam,że już są trochę zmęczeni. Między kuźnią, a olejarnią była mała łączka, zarządziłam mały odpoczynek i stwierdziłam- Moi drodzy, nie chcę Wam już truć, ale parę słów o ginących zawodach muszę Wam powiedzieć oraz to, co w tym skansenie jest do obejrzenia. Zapytałam panie, czy dzieci mam wprowadzić do młyna wiatraka- koźlaka - A po co, były już na wieży w Grodzisku. Ok. Zatem otworzyłam im " sklep" czyli ziemiankę i zaglądały do środka. Podszedł do mnie chłopiec i poskarżył się,że ktoś go ciągle popycha. Zapytałam jak ma na imię, no Staś. Krzyknęłam głośno- Nie wolno popychać Stasia! I mnie też i mnie też, i mnie też- odezwały się inne głosy.Było jak w banku,że Staś bedzie przychodził do mnie z każdą głupotą, ale po to tam byłam.Potem zajrzeliśmy do obórek i stodoły. Powiedziałam,że środek, gdzie wykonywało się wszystkie prace gospodarcze to boisko. Kiedy oglądaliśmy maneż na podwórku przybiegły dziewczynki- Proszę panią, proszę panią coś się stało! Dziewczynka siedziała na trawie i zanosiła się płaczem- Ja mam alergię a tu tyle trawy. - Brałaś tabletkę. Okazało się,że tak i jeszcze ma w autokarze. Ale to już nie była moja rola,żeby z nią lecieć do autokaru. Weszliśmy do chałupy, a tam zaczęły się utyskiwania na kurz. - Ja mam alergię na kurz, i ja i ja...- Nie przesadzajcie, tu dopiero co było dokładnie sprzątane i odkurzane. Ale dobrze, zaglądamy do kuchni i pokoju i wychodzimy. Po wyjściu studnia, na dnie trochę wody wskutek czego żuraw zabezpieczony tak,żeby nie można było umieszczać w studni wiadra. Ale kolejny hit- zaglądanie do studni i gapienie się w to co było tam widać. Pracownik skansenu stał przy nich i z nimi żartował. Ja zajęłam się płaczącą dziewczynką, bo stała i ciągle "buczała"- Chodź, odpoczniesz trochę na leżaku. Leżaki stały trzy, a na nich rozwalaliy się chłopcy. Mówię do tego, który miał leżak w cieniu- Słuchaj musisz zejść, bo ona nie jest w formie i musimy jej poprawić nastrój! O dziwo, zszedł bez jednego sprzeciwu. A dziewczę natychmiast przestało płakać i z błogim wyrazem twarzy ułożyło się na leżaku. W międzyczasie doszedł do nas Staś- O, proszę panią, ten powiedział na mnie to, a tamten to... Chłopcy- Nie, proszę panią, nic takiego nie mówiliśmy!- Jesteście z jednej klasy?- Nie. - I dzięki Bogu- pomyślałam.- Tymczasem jest wycieczka i ma być fajnie. Proszę podać Stasiowi rękę na zgodę. I więcej mu nie dokuczać. Dzieci zebrały się pod wiatą i obok, zaliczyły sławojkę. Do sklepiku nie było po co ich prowadzić, bo nie wzięły z autokaru pieniędzy. Pilotka pani Dorotka ustawiła je parami, pożegnałam ich ładnie, życzyłam niezapomnianych wrażeń w kopalni. Sama usiadłam na ławce obok męża zmęczona jak Quń po rodeo. - Ty to jednak przesadzasz, miałaś robić za przewodnika, a wzięłaś na siebie wszystkie możliwe funkcje. Co zrobić, gdy pracowałam w skansenie, to było normą. Wychowawcy znikali, a ja z innymi pracownikami skansenu zajmowaliśmy się dzieciakami.
A co do konkluzji. Czasy są inne, dzieci więcej wiedzą o technologii i AI, i tym podobne, ale są tylko dziećmi. Potrzebują uwagi dorosłych, choćby krótkiej rozmowy, zainteresowania ich sprawami, wysłuchania.I trochę żartów i humoru też trzeba. A jak płaczą, naprawdę płaczą, to nie wolno ich zostawiać samych, bo nigdy nie widomo czy to poważny problem zdrowotny, panika, histeria, hipochondria czy po prostu muchy w nosie. A czasem wystarczy " mały plasterek", który działa jak antidotum na nagłe smuteczki i całe zło.
I tym akcentem zakończę dzisiejszy post. Pozdrawiam Was serdecznie. Miłej niedzieli i udanego przyszłego tygodnia.
piątek, 5 czerwca 2026
Łódzkie podwórka i nie tylko.
Witajcie w czerwcu! Zaczął się długi weekend,na najbliższe dni zapowiadają u nas deszcz, więc pomyślałam,że "rzucę" parę zdjęć z deszczowej Łodzi.
Kiedyś w czasach minionych jeździło się do Łodzi na zakupy. Przemierzało się całą ulicę Piotrkowską od Placu Wolności do Placu Niepodległości i z powrotem. Czasem udało się coś kupić, coś co było rzeczywiście potrzebne, a trudno dostępne w małym mieście. A jaka była wtedy radość z poczynionych zakupów?! Dziś takie wyjazdy są rzadsze,ale gdy się zdarzają mają inny charakter, ale bywają równie atrakcyjne. I być może uda mi się tą "atrakcyjność" opisać.W każdym razie Łódź ma to do siebie,że nawet jak się "ląduje" na Polesiu, Teofilowie czy innej dzielnicy, ciągnie człowieka na Piotrkowską do Śródmieścia. Co ciekawe, jeśli w całym regionie pada, to w Łodzi leje, nierzadko obserwować tam można tzw. oberwanie chmury. W taki właśnie dzień, przeplatany obfitymi deszczami wybraliśmy się całkiem niedawno do stolicy naszego województwa.
Po zakupach i obiedzie przyszedł czas na herbatkę. Czy to nie czarujące,że " Flirt", a obok Sex- Shop ?
A herbatka wyglądała tak: moja owocowa- czerwona, męża zielona- żółta.
Z okna podwórkowej kamienicy przyglądał się nam kot. W zasadzie, to on czekał na rudego pudelka właścicielki kawiarni, który wyskakiwał za piłką za każdym razem, gdy otwierały się drzwi na podwórko.
"Pasaż Róży" Piotrkowska 3. Kamienice tego podwórka ozdobione są kawałkami lusterek. Ta atrakcja przyciąga turystów i całe wycieczki. Brama otwarta do godziny 22.00.
Kiedy świeci słońce lusterka mienią się i błyszczą, że WOW, ale i w pochmurny dzień to miejsce robi wrażenie.
Piotrkowska 38, coś dla szydełkomaniaczek.
W środku coś takiego. Służy jako kotara i ścianka do robienia zdjęć.
I nagle w czasie naszego spaceru po Piotrkowskiej - ulewa. Ludzie zaczęli przeczekiwać deszcz w bramach, niektórzy schowali się w kawiarniach, barach i restauracjach. Rozłożyliśmy parasole i chroniąc się pod nimi postanowiliśmy dojść do Stajni Jednorożca czyli dużego przystanku tramwajowego na skrzyżowaniu Piotrkowskiej i Alei Piłsudskiego, tuż obok domu towarowego Central.( ciągle działa, choć to teraz już trochę relikt przeszłości) Nagle z jednej restauracji wybiegł młody roześmiany kelner i zapraszał nas to lokalu. My- nie, nie, dziękujemy, już jesteśmy po obiedzie. Tymczasem z naprzeciwka idący zdecydowanym , szybkim krokiem młody człowiek rzuca- "Ja też nie wchodzę!" Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy ten człowiek był świadomy,że z tego zdania zrobił show! W każdym razie uśmiechnęłam się ja, a kelner chyba też był pod wrażeniem, bo poleciał za nim i tylko usłyszałam- " To może innym razem pan wpadnie, mamy znakomite..." Dalsze słowa zagłuszył deszcz. Ale wierzcie mi ten facet był świetny i swoją kwestią "zrobił" nam popołudnie.
Dorzucę jeszcze Piaska czyli Andrzeja Piasecznego, który u nas był Gwiazdą Wieczoru w Dniu Dziecka. Bardzo lubię jego liryczne, nostalgiczne piosenki. Jego ciepły głos bardzo do takich utworów pasuje. Staliśmy z boku sceny, za nami dwóch facetów na małym turystycznym stoliku rozłożyło towar do sprzedania. Na zachętę z dużą częstotliwością prezentowali zarówno błyszczące lotki , jak i swoje umiejętności. Polegało to na tym,że za pomocą procy rakieta ze światełkiem wzbijała się wysoko w powietrze, następnie niczym mała, świecąca parasolka- spadochron opadała na ziemię. Słuchałam Piaska i obserwowałam jak dzieciaki próbują wystrzelić maleńkie parasolki najwyżej jak się dało. Jedno do drugiego bardzo pasowało( piosenki i parasolki)
Wieczorem karuzele nie miały zbyt dużego powodzenia. Oprócz jednej, bardzo dynamicznej, zapewniającej mocne emocje niczym górska kolejka.
Właśnie kwitną peonie czy też piwonie. Podobno królową kwiatów jest róża, ale czy na pewno? Zapach piwonii jest zniewalający...I tym kwitnąco- pachnącym akcentem kończę dzisiejszy post. Miłego weekendu. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie!
poniedziałek, 25 maja 2026
Morze nasze morze. Władysławowo.
Witajcie Moi Drodzy.
Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Na komentarze będę odpowiadać i chodzić do Was z wizytą. Chwilkę mnie nie było, bo postanowiliśmy zobaczyć co słychać nad morzem.
Najpierw dylemat- gdzie jechać? Mąż był za Władysławowem, ja myślałam o Gdyni.Zadzwoniliśmy do "Dziadka"- " O kochani, ceny poszły w górę. Te na stronie są nieaktualne..." Dobrze nam było u niego w paździeniku, ale skoro teraz tak podniósł ceny, postanowiliśmy szukać dalej. Po kilku telefonach uznaliśmy,że w Gdyni już pełnia sezonu i trzeba zadzwonić do Władysławowa. W międzyczasie "Dziadek" próbował się dodzwonić. Skruszony, podkręcony przez żonę ( bo trzy pokoje stoją puste i nie zarabiają) był skłonny bardzo zejść z ceny. Za późno, za późno...
A zatem obraliśmy kierunek- Władysławowo. Pociąg Inter City relacji Bydgoszcz Główna- Gdynia. Potem osobowym na Hel. Dawno nie widziałam tak wypełnionego pociągu. Komu nie udało się wcześniej zająć miejsca siedzącego w pociągu, zajmował miejsce stojące w przejściu. Oj, dużo ludzi stało w przejściu. Większość pasażerów wysiadła we Władku. Nasza kwatera znajdowała się niedaleko morza, choć czy to miało dla nas aż takie znaczenie?! Każdego dnia pokonywaliśmy po kilkanaście kilometrów. Wreszcie widok na pełne morze! Temperatura oscylowała w granicach 18 stopni, ale od morza wiało niemiłosiernie. Ludzie spacerowali nad morzem obabuchani i w czapkach na głowie, ale byli oczywiście i tacy w kostiumach kąpielowych opalający się za parawanami.9 wejść na plażę bardzo blisko siebie i nasze ulubione nr5 z wiewiórką i kamerką przemysłową.( możecie sprawdzić) Wczasowiczów sporo- głównie emeryci i grupy dzieci, i młodzieży. Zielone Szkoły, ale nie tylko.
Któregoś dnia rannym pociągiem wybraliśmy się na Hel. W porcie plan filmowy, na podstawie rekwizytów i scenerii wywnioskowałam,że film będzie wojenny.
W czwartek nad ranem porządnie popadało. Postanowiliśmy plażą dojść do Przylądka Rozewie. My, morze i garstka ludzi na plaży!
Oj, było hardcorowo. Wiatr wiał tam silniejszy niż gdziekolwiek indziej, nagle wszystko spowiła mgła. Dwóch rybaków łowiło ryby, mewa zanurkowała z wysokości,żeby pochwycić rybę...
A potem trzeba było wdrapać się na klif do latarni morskiej.
I wrócić do Władysławowa na obiad.
Trafiliśmy tam drugiego dnia i już zostaliśmy do końca pobytu. Restauracja oferowała w cenie obiadu dwa dania, ciasto i napoje- kompot, herbatę i kawę z ekspresu. Pierwsze dwa dni gwarno jak w ulu. Obsługiwali 4 grupy dzieci i młodzieży. W kolejnych dniach cicho i pusto.Jedynie my i rybacy z portu.Zorganizowane grupy dorosłych przychodziły dopiero na obiado- kolację. Po ryby chodziliśmy do sklepów w pobliskim porcie.
Po południu- karmienie mew.
Pozowananie do zdjęć nie odbywało się bowiem za darmo.
"Widziałam orła cień..."
I to byłoby tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego tygodnia.
środa, 6 maja 2026
Majówka, Częstochowa cz.2 Książki.
Witajcie. Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Cieszę się,że podobał się Wam pomysł zaprezentowania chusty w Częstochowie. Dziś będzie wszystkiego po trochu.
Majówkę spędziliśmy na łonie przyrody. Bardzo lubię spacerować po Przedborskim Parku Krajobrazowym i była ku temu okazja, bo pojechaliśmy świętować 14 urodziny Kaliny, mojej wnuczki.
A zatem po przyjeździe około południa - kawa, małe co nieco i na spacer podziwiać znajome ścieżki. Byłam tam u progu lata, jesienią, a teraz wiosną. W ciągu całego pobytu było kilka dłuższych spacerów, niektóre dość intensywne, bo pod górkę.Wzniesienia w tym parku to jakieś 340 metrów n.p.m. Pokonaliśmy fragment żółtego szlaku. Jest on dobrze oznakowany, przetarty, co świadczy o tym,że jest uczęszczany.
Uroczystości rodzinne w takim otoczeniu to sama przyjemność. Biesiada na powietrzu, spacery... Tort córka przygotowywała przez kilka dni. Wyszedł bardzo wysoki, krem z serka mascarpone w dwóch kolorach, malinowa frużelina, w środku francuska chrupka, którą specjalnie sprowadzała do tortu, a wszystko bardzo pyszne. Kalina również zadowolona.W tym wieku dzieci nie tyle cieszą sie z prezentów,co raczej z otrzymanej kasy.
A wracając do Częstochowy. Odwiedziliśmy tam dość klimatyczne bistro " Pestka" na ulicy Śląskiej.
Preferujące dania wegańskie i wegetariańskie oraz ciasta bez mąki pszennej.
"Pestka" to lokal utworzony przez częstochowską aktorkę. Pani, która podawała dania, nie podała mi nazwiska tej aktorki. Lubicie tak wyglądające lokale gastronomiczne? Czasem warto zwrócić uwagę na detale i szczegóły danego miejsca. Ja zauważyłam,że na półkach znajduje się sporo książek Jarosława Grzędowicza.( Oczywiście znam to nazwisko, ale żadnej ksiażki tego autora nie przeczytałam, choć chyba jedną mam na swojej półce) Wystarczyło ,że zapytałam, rzuciłam nazwisko, a wywiązała się taka dyskusja,że hej. Okazało się,że w barze był pasjonat Grzędowicza. Znacie tego autora, czytaliście jego książki lub choćby książkę?
Po południu z rodziną wybraliśmy się na spacer do Parku Lisiniec. Oglądałam kiedyś zdjecia na blogu, chyba u Roksany. Pomyślałm wtedy- Dlaczego ja nie znam tego miejsca w Częstochowie? Tymczasem znałam, jego wcześniejszą dziką wersję. Wtedy to były kąpieliska znane z potocznych nazw- Bałtyk, Adriatyk. Parę lat temu to miejsce przeszło prawdziwą metamorfozę. Zrobiono ścieżki dla pieszych i rowerzystów, zagospodarowano wodne akweny. Są bary i ogródki kawiarniane. Piasek na plażę został przywieziony z Łeby.Obecnie to nie tylko miejsce do spacerów, ale ulubione miejsce spotkań.
W trzcinach zrobiły sobie gniazdo łabędzie. Dla odwiedzających park to bardzo miłe spotkanie z naturą.
A to Dajmont- pies naszej kuzynki. Przeszła z nim specjalne szkolenie.Pies jest łagodny, przyjazny.Najchętniej bawi się z 7- letnią córką M. Jednak na spacerze bym go nie utrzymała, szczególnie gdy " wita się" z podobnym do siebie pieskiem.
Miłośnikom " Chłopek" Joanny Kuciel- Frydryszczak polecam książkę "Ludzie wędrowni" Anny Fryczkowskiej . Ale nie tylko, bo Anna Fryczkowska "Ludzi wędrownych" pisała sercem.Książka powstała z naturalnej potrzeby sięgania do losów przodków.Akcja książki dzieje się w latach 1913- 1945 i jest sagą rodzinną. Ludka, Józia i Ina- Regina. Pierwsza zanim kupiła karczmę przynależała do bandosów czyli wędrownych robotników rolnych pracujący w pocie czoła latem i jesienią. Syn Ludki- Michał odziedziczył po rodzicach zamiłowanie do wędrówki - dzierżawił zarybione stawy, łowił i strzedawał ryby, a jego rodzina siłą rzeczy wiodła koczowniczy tryb życia. Wynajmowali domy przy zbiornikach wodnych. Nie gromadzili niepotrzebych sprzętów, nie przywiązywali się do miejsca. Skończyło się w jednym miejscu, wędrowali w następne.Józka - żona Michała ciągle martwiła się o dzieci, bo sporo tych, które urodziła umarło w dzieciństwie. Ina prowadziła z całej pokoleniowej trójki kobiet najbardziej osiadły tryb życia, bo jej ojciec Michał kupił dla rodziny podupadły dworek.
Nie brakuje w tej książce ciekawych opisów życia rodziny Żabeckich, okraszonych dawnymi wierzeniami i zabobonami, codziennymi troskami, ale i radościami, i humorem. Dla mnie najbardziej barwną postacią był Michał Żabecki, to był chłop pełną gębą,butny, nieufny, zadziorny, ale na swój sposób wytrwały i szukający spełnienia. Oprócz łowienia ryb, płodzenia dzieci, jego pasją były wszelakie - "inwestycje". Ładował w nie zarobione pieniądze, często trafiał jak kulą w płot, ale czasami coś z tego było. A fantazję miał przednią i kłamać potrafił jak z nut, co bardzo się przydało, szczególnie w czasie wojennej zawieruchy.
I jeszcze scenka z cytatem.W pogodny dzień wyruszyli z najstarszym Jóźkiem w dwie łodzie na jezioro ciągnąc miedzy sobą sieć. Nagle po niebie zaczęła zbliżać się w ich stronę ciemna chmura. Michał krzyknął,że trzeba wracać " Podnieśli więc sieć i zaczęli, każdy na swojej łódce, wiosłować do brzegu. Wicher jednak odpychał ich na środek jeziora, Józek wiosłował coraz szybciej, ojciec jednak nagle odłożył wiosło. Zapatrzył się w wodę westchnął- Zobacz synu. Tak wygląda moje życie: im mocniej wiosłuję, tym bardziej stoję w miejscu. Ta książka mnie poruszyła i zostawiła z przyjemnym nastawieniem- cokolwiek by się nie działo, rodzina trwała i każdy z nich był w gruncie rzeczy zadowolony ze swojego losu.
A teraz czytam to. Z opisu- " To miał być zwykły, krótki lot. Jednak gdy na pokładzie opóźnionego samolotu do Sydney niepozorna staruszka zaczyna przepowiadać pasażerom, kiedy i z jakiej przyczyny umrą, wszyscy są w szoku." W biblotece zastanawiałam się wziąć do czytania czy nie, obracałam książkę we wszystkie strony. Ciekawość wzięła górę. Wciąga jak nie wiem co. To tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie.
poniedziałek, 27 kwietnia 2026
Weekend w Częstochowie cz.1
Witajcie Moi Drodzy, dziękuję za zaglądanie, czytanie, komentowanie i oczywiście za życzenia z okazji rocznicy bloga. Weekend spędziliśmy w Częstochowie. Szwagier miał imieniny, więc wymyśliłam, że zamiast esemesować i dzwonić, złożymy mu życzenia osobiście.
Wieża klasztoru na Jasnej Górze.
Mural na jednej z kamienic przy Alei Najświętszej Marii Panny. To będzie III lub II Aleja. Zawsze muszę się zastanowić, bo jak dla mnie kolejność jest odwrotna. III Aleja jest najbliżej Jasnej Góry.
Przy okazji postanowiłam udekorować swoją chustą "Morze" tą i ową postać. Tutaj panna przy fontannie. Fontanny jeszcze nie działają.
Cóż, chusta robi za apaszkę.
Ławeczka z Halinką Poświatowską w III Alei. Halina Poświatowska ( 1935- 1967) polska poetka i pisarka. Urodziła się w Częstochowie, zmarła w Warszawie. Jej grób znajduje się w Częstochowie na cmentarzu św. Rocha.
Fontanna - Dziewczynka z gołębiami III Aleja.
Ja też sobie zrobiłam fotkę. Pogoda dopisywała, dopiero następnego dnia zrobiło się wietrznie i chłodno, choć w słońcu nadal było ciepło. W następnym poście zamieszczę jeszcze inne zdjęcia z Częstochowy. To tyle na dziś. Dobrego tygodnia.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)




















































