piątek, 13 lutego 2026

Tłusty czwartek i jego atrakcje.

Witajcie moi drodzy, dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Cieszy mnie spore zainteresowanie zimą stulecia.Dziś miałam jeszcze powspominać tamtą zimę i pisać o " Małej apokalipsie" Konwickiego oraz różnych przemyśleniach tego autora- pamiętam o tym. Jednak ostatnio jestem trochę zajęta i nawet nie mam kiedy "grzebać" w jego wywiadach rzekach ( a są ciekawie napisane i ogólnie- extra) Dlatego trochę to przesunę w czasie. Zima też w tej chwili w pewnym odwrocie- przynajmniej w moim regionie- więc wspomnienia też mogą poczekać. Jako,że był tłusty czwartek, jutro Walentynki, a w ogóle Ostatki, temat będzie składanką, a głównie relacją z Tłustego Czwartku.
W bibliotekach już dziś świętowano Walentynki.Ta akcja cieszy się dużym zainteresowaniem i kto za późno przychodzi - sam sobie szkodzi, a konkretnie mało jest wtedy nowości do wylosowania. Książki zapakowane są w szary papier, na wierzchu serduszka, a na odwrocie numer katalogowy. Jak się nie trafi w swój ulubiony gatunek, można losować jeszcze raz, albo do skutku. Ja wylosowałam książkę japońskiej autorki.Nie podaję póki co nawet tytułu. Okładkę i krótką opinię o tej książce zamieszczę po przeczytaniu. Pożyczyłam też inną, zapowiada się petarda, ale czy tak będzie? Czasem książka uwodzi nas początkiem, a potem - kicha. Jak będzie z tą książką też w swoim czasie się dowiecie.
Tłusty Czwartek spędziliśmy w Łodzi. Postanowiliśmy zagospodarować jeden dzień ferii Kalinie.Na zdjęciu mural z Dworca Kolejowego Łódź Fabryczna.
Pojechaliśmy do EC1- Centrum Nauki i Techniki. Najpierw film z zakresu biologii w Kinie Sferycznym. Seans trwał 45 minut. Teoretycznie dość ciekawe zagadnienia- oglądane w ogromnym powiększeniu przedmioty ( igła z roztoczami) organizmy jednokomórkowe, pierwotniaki, grzyby, owady( konkretnie mrówka)Jednak czegoś mi w tym filmie brakowało... Dzieci, które go oglądały razem z nami, po seansie wyglądały jakby się wynudziły.( najpewniej grupa półkolonii) A ich pani podsumowała film jednym zdaniem- " Sami widzicie, że trzeba często myć ręce". Obrazy czarno- białe ukazujące się na kulistej kopule kina wyglądały imponująco, hipnotyzowały, ale sam przekaz był trudny w odbiorze. Wątpię by dzieci " łapały" ukazujące się na ekranie liczby- na przykład ile to jest 0,05 mm. Wprawdzie na bocznym, mniejszym ekranie ukazywały się kolorowe zdjęcia omawianych organizmów w naturalnym środowisku i często rozmiarze, jednak rozrzut ekranu utrudniał syntezę- że te wielkie "potwory" i to co na zdjęciach, to jedno i to samo.W dodatku niewiele organizmów było takich ogólnie znanych. Mnie ucieszyło pojawienie się Niby Nóżki, którą pamiętałam jeszcze ze szkoły. Ameba w kształcie rozjechanego ślimaka bez skoruki pełzająca na tej niby nóżce, wprawiła mnie nagle w bardzo przyjemny nastrój. Sama nie wiem dlaczego.
Po seansie poszliśmy do baru na małe co nieco.( tosty z surówkami) Hitem okazała się wizyta... w toalecie!
Zanim dotarło się do kabin trzeba było przejść przez pomieszczenie utrzymane w stylu PRL, z gablotami i ubraniami z tamtego okresu. Z głośnika leciały piosenki z dwudziestolecia międzywojennego i PRL. Ja na wejściu miałam "Sex appeal" w wykonaniu Eugeniusza Bodo (film "Piętro wyżej" z 1937 roku. Bodo naśladuje tam rewelacyjnie aktorkę Mae West) Jedno spojrzenie tu i tam czy mnie nikt nie widzi i...nogi mnie same poniosły, a ile w tym miałam radości. Potem Kalinę wysłałam do toalety i patrzyłam, jak ona pląsała przy "Małgośce" Rodowiczki.
Takie niespodzianki to ja rozumiem!
Drugie piętro bardzo nam się podobało. Spędziliśmy tam kilka godzin.Między innymi w budce telefonicznej odgrywaliśmy scenkę z filmu " Rozmowy kontrolowane" Kalina uczyła się " Sto lat " na klawiszach umieszczonych w podłodze. Jeden z pracowników zaprosił wszystkich obecnych na pokaz o maszynach parowych wykorzystywanych między innymi w łódzkich fabrykach włókienniczych.
Zwiedziliśmy też laboratorium dawnej zielarki.
Jedne rzeczy mnie interesowały bardziej, inne mniej, a niektóre wcale. Jednak spacery po piętrach na ogromnych przestrzeniach, szklane podłogi, wielkie luftowe okna, tak charakterystyczne dla fabrycznej łódzkiej architektury, to było to co zachwycało mnie bez dwóch zdań.
Mój prezent walentynkowy. Sporo czasu spędziliśmy też na Dworcu Łodź Fabryczna oglądając z góry pociągi wjeżdżające i wyjeżdzające z długiego tunelu i te stojące na peronach. A także zaliczyliśmy fragment ulicy Piotrkowskiej. Na Pietrynie podziwiałam kilometrową kolejkę do pączkarni. Szał na pączki czuło się w całym śródmieściu.I to byłoby tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanych Walentynek!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz