poniedziałek, 17 czerwca 2019

Książka na letnie upały.

Dzień dobry, po fali upałów u mnie lekkie wytchnienie, temperatura ciut niższa,lekki orzeźwiający wiaterek...Witam serdecznie Ewę w gronie obserwatorów mojego bloga. Wszystkim dziękuję za obecność, zaglądanie czytanie i komentowanie. Dziś chciałabym napisać o książce, która mnie ostatnio rozbawiła.Dotarła do mnie w minioną środę, po serii alertów pogodowych.W nocy ze środy na czwartek przeszła u nas potężna burza,a ja pośród rozświetlających niebo błyskawic i potężnych grzmotów zanosiłam się śmiechem czytając tę egzotyczną rebelię.
Ta książka to " Zadyma w dzikim sadzie" Kiran Desai.
Z książką Kiran Desai po raz pierwszy miałam kontakt kilka lat temu. W naszym Dyskusyjnym Klubie Książki omawialiśmy wtedy "Brzemię rzeczy utraconych" Za tą powieść autorka w 2006 roku dostała nagrodę Bookera( najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Wielkiej Brytanii przyznawana za najlepszą powieść anglojęzyczną z ostatniego roku) Kiran Desai( urodzona 3 września 1971 w Indiach) dzieciństwo spędziła Bombaju i Delhi.Gdy miała 14 lat rodzina przeniosła się do Anglii ,a rok później do Stanów Zjednoczonych, gdzie Kirian mieszka do dziś.Podczas studiów w Nowym Jorku Kirian zrobiła sobie dwa lata przerwy na napisanie debiutanckiej powieści "Zadyma w dzikim sadzie".Dzięki tej książce zaistniała w świecie literackim, zdobywając uznanie krytyki i ciepłe przyjecie czytelników. Salman Rushide uznał Desai za jedną z najlepiej rokujących i najwybitniejszych autorek młodego pokolenia.
W dniu narodzin Sampatha zdarzyły się dwie niezwykłe rzeczy. Po pierwsze wreszcie po wielu miesiącach upału i suszy zaczął padać deszcz.Rozpoczęła się pora monsunowa. Po drugie "W gałęziach starego dżamunu zaklinowała się skrzynia z pomocą humanitarną Czerwonego Krzyża, upuszczona przez skołowany burzą szwedzki samolot, którego manewr musiał być z pewnością zaplanowany przez bogów. Odlatujący samolot wzniósł się wysoko w niebo i zniknął pośród kłębiących się chmur, najwyraźniej nieporuszony widokiem mieszkańców miasta, którzy skakali w dole i wymachiwali rękami, biegnąc, pomimo ulewy, aby powitać ten nieoczekiwany dar. W girlandach liści zdewastowanego dżamunu znaleźli pojemniki pełne cukru , herbaty, mieszanek rozpuszczalnych, mleka w proszku i razowych herbatników.Były tam niezidentyfikowane proszki w pudełkach ozdobionych wizerunkami uśmiechniętych, cudzoziemskich kobiet. Było w bród orzechów, rodzynków i puszek z żywnością dla niemowląt. Wszyscy biegali tam i z powrotem, z rękami pełnymi łupów."
20 lat później Sampath nadal mieszkał w miasteczku Shakhot, w maleńkim mieszkaniu ze swoją ekscentryczną matką Kulfi, pragmatycznym ojcem- panem Chawlą, rzeczową i praktyczną babką Ammadżi i pełną temperamentu młodszą siostrą Pinky. Pracował w Urzędzie Pocztowym. " Sampath przeglądał kartki pocztowe i listy, które dopiero co przyjechały autobusem z Delhi,a które to on powinien posortować według kolejności, w jakiej miały być dostarczone.Obracał je, wąchał, przyglądał się znaczkom, studiował nazwy.(...)Podnosił je do światła- koperty pełne obietnic, zapowiedź innych światów. Otwierał je nad kubkami parującej herbaty albo zwyczajnie rozklejał, gdyż w tym wilgotnym powietrzu klej niemal wcale nie trzymał, i przez resztę dnia leniwie przeglądał ich zawartość.Od kiedy rozpoczął pracę na poczcie, spędzał w ten sposób większość czasu. Czytał o waśniach rodowych i romansach, o aranżowaniu małżeństw, o narodzinach dzieci, o umierających ludziach i powracających duchach, o powodziach i trzęsieniach ziemi, i o drobnych , trywialnych sprawach, takich jak brak szamponu." Kiedy po ciekawych ekscesach wyleciał z roboty i wlazł na drzewo wiele z tych informacji bardzo się przydało. Przypominając ludziom najbardziej intymne historie z ich życia został obwołany prorokiem, Babą.
Razem z Sampahem do sadu przeniosła się cała jego rodzina. Kulfi rozwinęła szalone talenty kucharskie, przygotowując synowi wyszukane potrawy, ojciec postanowił spieniężyć dziwactwo syna - ogłaszając go prorokiem. Nieodłącznymi bohaterami tej opowieści są małpy. Zwariowane małpy uzależnione od alkoholu...
A to już mój krzak,który swego czasu tak niemiłosiernie wystrzygłam. Okazało się,że wyszło mu to na dobre.Usuwając chore gałązki i liście wzmocniłam go. Liście i kwiaty są bardziej dorodne i okazałe, niż w przypadku dwóch innych krzewów.
A to moja czerwona begonia! Dziękuję ,że Jesteście! Dobrego, udanego tygodnia Wam życzę!

wtorek, 11 czerwca 2019

Wesele łowickie w Skansenie

Dzień dobry! Nadciągnęły tropikalne upały,które trochę utrudniają normalne funkcjonowanie. Witam wśród moich obserwatorów Julię Ann Lozadę. Dziś chciałabym Wam zaprezentować zdjęcia z imprezy plenerowej, która odbyła się w niedzielę w naszym małym skansenie "Łęczycka Zagroda Chłopska" w Kwiatkówku. Zdjęcia podzieliłam i w związku z tym będą dwa posty. Zapraszam do oglądania.
Kilka lat temu zespół Bałdrzychowianie ( Bałdrzychów- miejscowość niedaleko Poddębic) wracając z imprezy plenerowej zatrzymał się w naszym małym skansenie.Były zdjęcia, były rozmowy i tak została nawiązana współpraca,która trwa do dziś. Dwa lata temu prezentowałam zdjęcia z tak zwanych "Wianków", w tym roku- Wesele Łowickie. Stroje charakterystyczne dla tego regionu. Młode dziewczę w obrzędowym czepku na głowie jest uczennicą Łódzkiej Szkoły Baletowej.
Cały spektakl trwał dobrą godzinę i był podzielony na trzy części. Pierwsza - Obrzędy przed wyjazdem do kościoła. Druga- Powrót z kościoła- Wesele. Trzecia- Zabawy zespołu ludowego z uczestnikami imprezy.
Państwo młodzi z drużbami w orszaku do kościoła.
Oczepiny.
Ciąg dalszy oczepin.
Pan młody w obrzędzie- Chodzenie z wódką- przepijanie.
Mazur Państwa Młodych. Wybrałam najbardziej charakterystyczne, najładniejsze zdjęcia jakie udało mi się zrobić. Do następnego postu wybiorę jeszcze kilka.
Moje buty, o których Wam pisałam w poprzednim poście. Są bardzo wygodne, już zaliczyły kilkanaście kilometrów.Ale teraz na ten upał najlepsze są odkryte sandały albo...japonki.
W podzięce za zaglądanie, czytanie i komentowanie moje najpiękniejsze białe irysy. Właśnie teraz kwitną, najpóźniej ze wszystkich. Zawsze niecierpliwie czekam na ten moment. Jeśli u kogoś nie byłam z komentarzem- to będę, nie martwcie się.Po prostu mam teraz więcej spraw do załatwienia w realu, a i ten upał daje się trochę we znaki. Udanego tygodnia Wam życzę!

czwartek, 6 czerwca 2019

Serwetki z nutą zieleni i o tym jak kupowałam buty.

Dzień dobry! Wydaje mi się,że wieki mnie tu nie było.Witam serdecznie Sylwię, nową obserwatorkę mojego bloga! Dziękuję Wam za liczne komentarze, za zaglądanie czytanie, komentowanie.Obiecywałam pokazać moje prace. Dziś serwetki.
Ta ma 30 cm średnicy i jest zrobiona Kają Ariadny- w kolorze białym i miętowym. Kaja nie jest tania, bo ma małą gramaturę i trzeba jej sporo, szczególnie na duży projekt,ale ja ją uwielbiam. I w robocie i potem w użyciu. Świetnie przyjmuje krochmal. W ogóle lubię nici Ariadny.
Na serwetce moje ulubione kremy Bielendy. Od razu mówię- nie mam nic z promowania tej marki! Ale uwielbiam jej produkty, bo mnie nie uczulają. Krem "Camellia Oil" używam pod makijaż, matujący krem- Zielona Herbata świetnie koi po męczącym dniu( lubię ten zapach i chłód na skórze). "Botanic Spa Rituals z olejkiem z pestek malin i melisą też jest niezły, choć zapach owocowy na twarzy- niekoniecznie. Jednak on szybko staje się niewyczuwalny.
Kolejna serwetka w zielonościach. Do tego wzoru chętnie wracam. Tu napięłam ją do granic możliwości. Chyba wolę ten wzór prosto spod szydełka...
Mam słabość do chińskich zeszytów, szczególne kołonotatników z ładną okładką.
A inspiracją do tworzenia serwetek w zieleni był między innymi ten łan falującego zboża.( to chyba żyto)
Begonia się rozrasta. A dziś chciałabym Wam opowiedzieć jak kupowałam buty. Otóż wygoda nóg jest dla mnie priorytetem. Kiedyś często kupowałam buty, teraz wystarczą mi dwie pary, byle porządne, byle wygodne i najlepiej dobrej firmy. Sandały zabudowane,ale nie toporne, lekkie, wygodne. Jakiś czas temu obeszłam wszystkie miejscowe sklepy i w jednym znalazłam nawet coś, co pasowałoby do moich upodobań. Jednak dziś w dobie internetu wszystko można sprawdzić i wychodzą takie oto kwiatki. Buty zapakowane w piękne lśniące pudełko w kolorze fuksji z napisem Anabell jakaś tam. Napis oczywiście tłoczoną złotą czcionką. Na pudełku kod kreskowy...firmy produkującej sprężyny przemysłowe, adres polskiego producenta nic nie mówiący. I refleksja- no, nie takich butów raczej nie kupię, bo po krytycznym obejrzeniu produktu wykonanie pozostawiało jednak sporo do życzenia. Zaczęłam oglądać sandały w sieci. Dzięki "ciasteczkom" co chwilę pojawiały się nowe propozycje. Wreszcie znalazłam buty, które mi odpowiadały. Dostawa gratis przez kuriera. Spodziewałam się ich jutro,ale przyjechały dzisiaj. Akurat coś robiłam w kuchni i zobaczyłam,że samochód podjechał najpierw pod sąsiadów,ale potem wycofał i jechał pod moją bramę. Domyśliłam się,że to moja przesyłka. Wyszłam na dwór. A teraz uważajcie! Pytam- Paczka? Młody człowiek w wieku plus minus 25- 30 lat mówi pod nosem,ale tak żebym usłyszała- "Ale chyba nie dla ciebie!" No, myślę sobie- młody przegiąłeś, to gruby nietakt z twojej strony tak na "ty" i co masz na myśli rzucając taki komentarz. Wychodzę przed bramę. - Pewnie buty przyjechały. Widzę jak z bagażnika wyjmuje pudełko.On- A może torebka? Ja śmiejąc się- Nie, buty, wiem co zamawiałam. Po otrzymaniu pudełka powiedziałam- Sprawdzam! Z większego pudełka wyjęłam mniejsze i otworzyłam,a potem zaczęłam głośno wykrzykiwać- Moje piękne buciki!!! Dałam czadu! Młody człowiek życzył mi na koniec,żeby buty dobrze się nosiły. Mąż po mojej relacji stwierdził- "Napiszemy mu negatywa!" Ja - A po co, on już dostał nauczkę,żebyś widział jego minę?!" Trzeba mieć sposoby na niegrzeczne osoby. Kolejna begonia w ciekawej kolorystyce. Pozdrawiam Was serdecznie. Będę sukcesywnie zaglądać na Wasze blogi.

poniedziałek, 27 maja 2019

Słodki przekładaniec i mała refleksja

Witajcie w poniedziałek! Dziękuję za Waszą obecność,liczne, piękne komentarze i w ogóle za zaglądanie i czytanie. Dziś chcę Wam udostępnić przepis na ciasto, które zrobiłam na Dzień Matki. Ten przepis "chodził" za mną od dawna.Chciałam go wypróbować w święta,ale w sumie tego nie zrobiłam, bo upiekłam tylko dwa tradycyjne ciasta i- jak to się kiedyś mówiło- świat! W tradycji mojej rodziny zawsze się piekło ciasta, a teraz się od tego trochę odchodzi, bo wiadomo- wszystko się zmienia. Przede wszystkim my się zmieniamy.Rodzina nie jest już tak liczna, a i zwyczaje się zmieniają.Może czasem łatwiej jest kupić kawałek gotowego ciasta,ale ja po nich mam bardzo często zgagę, a tak jak sama upiekę to wiem co jem.Najpierw oryginalny przepis.
Słodki przekładaniec.Składniki Biszkopt: 8 jajek, 2 szklanki cukru, 2 szklanki mąki, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, tłuszcz i tarta bułka do formy. Krem: opakowanie budyniu śmietankowego, szklanka mleka, kostka masła lub margaryny,opakowanie cukru waniliowego, 2 kieliszki wiśniówki, słoik powideł truskawkowych, dżemu lub konfitury, wiórki kokosowe.
Wykonanie Biszkopt: oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy mikserem na sztywna pianę, następnie dodajemy cukier i nadal ubijamy do konsystencji "bezy". Dodajemy żółtka.(Od tego momentu łączymy wszystko łyżką) Następnie dodajemy mąkę z proszkiem do pieczenia, dokładnie mieszamy i wylewamy na dużą prostokątną blachę wysmarowaną tłuszczem i posypaną tartą bułką. Biszkopt pieczemy 40 minut w temperaturze 180 stopni Celsjusza.Po tym czasie wyjmujemy z piekarnika, studzimy. Można też biszkopt upiec dzień wcześniej.Krem Budyń przygotować według przepisu na opakowaniu,ale tylko ze szklanką mleka, wsypać 3 łyżki wiórek kokosowych, przestudzić. Masło utrzeć, dodać budyń, cukier waniliowy i wiśniówkę, zmiksować. Biszkopt przekroić na trzy placki. Spodni blat posmarować konfiturą i masą , przykryć środkowym, posmarować konfiturą i masą, przykryć trzecim blatem.Wierzch przekładańca posmarować reszta kremu i obsypać wiórkami kokosowymi. Mój komentarz Ten sposób wykonania biszkoptu u mnie sprawdza się idealnie. Najpierw beza mikserem, potem za pomocą łyżki łączenie innych składników. Nie lubię bardzo słodkiego biszkoptu, więc dałam tylko połowę cukru. Co do kremu, jak dla mnie taka ilość budyniu- stanowczo za mało. Zwiększam ilość mleka i budyniu, by wyszedł bardzo gęsty i dużo. Wiśniówka nadaje specyficzny smak. Ale nie daje koloru.Po dolaniu wychodzi jakiś angielski róż,a nawet i nie to.Następnym razem, dla lepszego efektu i koloru zabarwię dodatkowo krem sokiem z wiśni lub buraka.Biszkopt z mniejszą ilością cukru, krem budyniowy z wiśniówką, konfitura z truskawek- w efekcie otrzymujemy wykwintne niezbyt słodkie, kwaskowe ciasto. Polecam!!!
Butelki z wodą, w tle moja lawenda przygotowuje się do kwitnienia. Dziś po porannej rundzie rowerem spragniona "dopadłam" do wody mineralnej i taka mnie momentalnie naszła refleksja. Tak bardzo walczymy z plastikiem, a co z butelkami po wodzie i napojach? W ubiegłym roku po dużej imprezie na sali gimnastycznej zobaczyłam coś, co mi zjeżyło włos na głowie. Mnóstwo pozostawionych butelek plastikowych po wodzie i innych napojach. Walały się dosłownie wszędzie.Niektóre zupełnie puste, inne wypełnione w części płynami. I to sobie tak leżało porzucone...do czasu aż pan K. nie wkroczył z dużym workiem na śmieci i nie pozbierał.Młodzież kupuje wodę i nie przywiązuje wagi do opakowań.To działa jak zużycie chusteczki do nosa. Zresztą nie tylko młodzież, ja też tak traktuje plastikowe butelki. Kupujemy sporo wody w dużych butelkach.Często trzymam małą butelkę, aby w razie czego przelać wodę z większej do mniejszej i schować do torebki.Ale zdarza się i tak,że kupuję mała wodę na mieście,a po wypiciu butelkę wyrzucam do kosza. Tu już nawet nie chodzi o śmiecenie,ale o to ,że jest tych butelek dużo, stanowczo za dużo! Co Wy na to?
A ten polny mak dla Was za obecność, zaglądanie, czytanie, komentowanie.Mam teraz więcej spraw do załatwienia i uprzedzam Was, bo może nie zawsze będzie czas na tak częstą publikację postów jak do tej pory, ale postaram się odwiedzać Wasze blogi!Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego tygodnia!

sobota, 25 maja 2019

Trochę o ogrodzie, trochę o zającu.

Witam Was serdecznie w słoneczną sobotę.Cieszę się ,że dołączyła Evi do obserwatorów mojego bloga!Moja droga,odwiedzaj mnie często, niech życie blogowe kwitnie i ma się dobrze! Ostatnio staram się coś dziergać i może niedługo będę mogła coś zaprezentować,ale w tej chwili bardziej pochłaniają mnie prace ogrodowe.
Właśnie zakwitła dzika róża...
Mój wczorajszy nabytek.Begonia zwisająca. A wszystko przez to,że odwiedziłam blog Marysi i przypomniałam sobie jak w ubiegłym roku zachwycałam się w Inowrocławiu gazonami obsadzonymi begoniami.
Paprocie. Już je pokazywałam ostatnio,ale tutaj - zbliżenie.
Irys w kolorze, który lubię.Płatki na wietrze układają się z fantazją.
Tych ciemniejszych jest kilka.
Taką sukienkę sobie kupiłam na wesele chrześniaka.
Tańczy na wietrze. Przymierzałam wiele, wiele sukienek,ale jak tą założyłam, to nie miałam ochoty zdjąć. Ma ona jeszcze szyfonową narzutkę w kolorze granatowym, zakrywającą ramiona. W zasadzie początkowo chciałam kupić coś bardziej do wykorzystania na co dzień, ale sami wiecie- kiedy zakładamy coś i podobamy się sobie, a ponadto mamy wrażenie,że ktoś to uszył jakby specjalnie z myślą o nas i naszych upodobaniach- to nie ma mocnych!A cena w sumie przystępna...
Zielonego zająca kupiłam w "pewexie" przed Wielkanocą.Ma zapalenie spojówek albo oczko mu łzawiło. Nic dziwnego pylą trawy,moje oczy niestety reagują-czuję piasek pod powiekami, szczypanie i zmęczenie. A wcześniej tego nie miałam! Żyjemy w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku i wszyscy to odczuwamy, a rożnego typu alergie stały się naszą zmorą. A co do zajęcy to znowu widzę ich mniej na polach.One bardzo reagują na zanieczyszczenia, pestycydy. A ostatnio przeczytałam,że zające są szczególnie wrażliwe na dżdżystą,mokrą pogodę. Jest to związane z ich pochodzeniem ze sfery lasostepu i stepu. Nie sprzyja mi także nowoczesne rolnictwo.Wiele osobników ginie, gdy późnym latem z dnia na dzień zostają zżęte ogromne obszary upraw zbożowych, pozbawiając je pożywienia. Często niedługo po żniwach pola są zaorywane.Skomplikowana struktura socjalna zajęcy ulega przy tym zakłóceniu.Zwierzęta są zmuszane do ścieśniania się w nielicznych, szczególnie korzystnych enklawach.Często wykorzystywane są przez nie do tego celu pola kukurydzy, ale tu nie ma wystarczającej ilości pokarmu. W takich ostojach wzrasta zagrożenie epidemiologiczne i często młode zające zapadają na kokcydiozę( choroba pasożytnicza, występująca w postaci jelitowej i wątrobowej).Nieliczne zwierzęta, które przeżywają tę chorobę, uodparniają się na nią, ale jako nosiciele stanowią ciągłe zagrożenie dla potomstwa.Dlatego w niektórych regionach wkłada się przynęty zawierające lekarstwa, by uchronić miejscową populację zajęcy przed epidemią.
Perro pod dereniem, który rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. ( dereń nie pies) Ale nawet mi się to podoba i poza lekkim strzyżeniem nic z tym nie robię. Ale chciałam jeszcze trochę o zającach,ale w innym kontekście. W jednym quizie dotyczącym chrześcijaństwa znalazłam informację,ze zając był obecny przy zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa co byłoby wyjaśnieniem dlaczego jest obecny w tradycji wielkanocnej.Ale genezy tego nie znam. Może jakieś apokryfy? Kilka słów o zachowaniu zająca . Miałam okazję widzieć małe zające pozostawione przez matkę w bezpiecznym miejscu. Siedziały całe dnie jak trusie, nie poruszając się zupełnie. Matka przychodziła karmić je nocą,a w dzień udawała się na żer. Zagrożony zając najpierw tuli się do ziemi w swojej "kotlince", kładąc płasko uszy po sobie. Pasąc się o zmierzchu porusza się wolno i stara się trzymać blisko powierzchni ziemi. Pisałam już kiedyś o wrogach zająca.Są to głównie lisy, kuny, tchórze i jastrzębie.Tą grupą zajmę się innym razem.W każdym razie zwierzęta te polują głównie na chore i niedoświadczone młode zające.Starsze zające są tak wyśmienitymi biegaczami,że biegnąc zygzakiem zgubią każdego prześladowcę.Co ciekawe również Józef Tischner ( 1931-2000, polski prezbiter katolicki i filozof) w jednym ze swoich felietonów zwrócił uwagę,że powinniśmy naśladować zające,a zwłaszcza jedną ich cechę,ale o tym następnym razem. Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie.Dziękuję za komentarze, czytanie i zaglądanie Życzę miłego weekendu!

wtorek, 21 maja 2019

Ogrodowe zakupy i duchota dnia wczorajszego

Witajcie! Dziś powitała mnie majowa mgła.Co nie przeszkodziło,aby wczesnym rankiem wybrać się rowerem na targ. To niesamowite jaki panował ruch na ścieżce rowerowej.Pochwalę się swoimi zakupami.
Ale najpierw mój zacieniony zakątek ogrodowy. Dereń bardzo się rozrósł. Jest też kalina koralowa i głóg. Moje ulubione paprocie, tawuły, róża, irysy, kocimiętka.W tym zaciemnionym miejscu zostały floksy i niestety muszę je przenieść na słoneczne stanowisko.
Irysy w pełnym rozkwicie.
Dziś kupiłam takie oto surfinie.
Na te pelargonie od dawna miałam ochotę i wreszcie udało mi się kupić. Jesienią zrobię aplegierki.
Moje ulubione dąbrówki. Małe takie i niepozorne, ale kochane.
Kapcie do ogrodu, bo rosa się długo utrzymuje na trawie. W ubiegłym roku je sobie upatrzyłam, ale wtedy nie było mojego rozmiaru. Śmiałam się do sprzedawcy,że cierpliwość popłaca.
Po powrocie kawusia i pierożki drożdżowe z serem. Wiem,wiem, to co spaliłam na rowerze musiałam nadrobić,ale dziś miałam ochotę na coś drożdżowego. Taki kaprys! I jeszcze Wam opowiem o wczorajszym zdarzeniu. Dzień był duszny i szłam sobie na mammografię główną ulicą. Nagle patrzę ze sklepu wychodzi facet,ale dziwnie się zachowuje. Zataczał się, nagle stracił równowagę i upadł na jezdnię do tyłu, a głowa mocno uderzyła o asfalt. Pan sprzedający wybiegł ze sklepu za nim jeszcze nastąpił upadek, widocznie coś go zaniepokoiło w zachowaniu klienta. Nagle zebrało się kilka osób i sprzedawca z jeszcze jedną kobietką wzięli mężczyznę pod boki i zaciągnęli na chodnik. Stałam przy nim i mimo,że miałam mało czasu( zbliżała się godzina badania) nie mogłam się stamtąd ruszyć.Człowiek otwierał oczy i coś tam mówił pod nosem W rezultacie stała nas tam trójka i sprzedawca w drzwiach sklepu. Niespodziewanie dla siebie zaczęłam wydawać polecenia- To uderzenie było mocne. To głowa! Musimy wezwać karetkę. Patrzcie krew! Karetkę trzeba wezwać koniecznie! Młody mężczyzna z GLS wyciągnął telefon i zadzwonił.Podał namiary. W międzyczasie jeszcze doszła M. pielęgniarka.- " Nie jest źle, kontaktuje, cera różowa..." Co było dalej - nie wiem, bo musiałam iść. Ale dzień był ciężki- duchota straszna. Mnie po badaniu zrobiło się niedobrze, zakręciło w głowie. Musiałam usiąść i chwilę posiedzieć, i dopiero potem iść.- A trudno - pomyślałam, za długo tu siedzę, zaraz mnie przegonią,ale nie zamierzałam upaść na ulicy. To tyle. Dziękuję Wam za komentarze, zaglądanie i czytanie. Dobrego tygodnia. Właśnie wychodzi słoneczko. Pozdrawiam.

sobota, 18 maja 2019

Ciasto bałkańskie z czekoladą

Witajcie! Pogoda się robi i niedługo pewnie nie będzie czasu,żeby siedzieć przed komputerem. Korzystam, więc i zamieszczam przepis na ciasto.
Składniki: 4 jajka, 1/2 szklanki oleju z pestek winogron, 1 1/2 szklanki mąki, po 1/2 szklanki kolorowych wiórków kokosowych, rodzynek i daktyli, 1/2 szklanki cukru, 1 i 1/2 proszku do pieczenia, 1 opakowanie polewy czekoladowej.
Przygotowanie: 1. Rodzynki i daktyle sparzyć wrzątkiem, zalać woda i odstawić na kilka godzin. 2. Jajka wbić do dużej miski. Dosypać 1/2 szklanki cukru i całość utrzeć na puszystą masę. 3.Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Do masy jajecznej dolać olej, po czym dosypać mąkę z proszkiem do pieczenia.Wymieszać. 4. Na końcu do ciasta dosypać kolorowe wiórki kokosowe oraz dodać osączone rodzynki i daktyle.Całość starannie wymieszać. Keksówkę o wymiarach 10 x 30 cm wyścielić papierem do pieczenia.Do blaszki przełożyć ciasto i wyrównać. 6. Ciasto wstawić do piekarnika rozgrzanego do temperatury 180 stopni Celsjusza. Piec przez 45 minut. Wyjąć do ostudzenia. 7. Polewę przygotować według wskazówek na opakowaniu.Całkowicie ostudzone ciasto posmarować polewa czekoladowa i dowolnie udekorować.
Każdy kęs przywodzi na myśl podróże po słonecznych krajach!
Chyba odmiana pokrzywy.Ależ się ubrała! To tyle. Dziękuję za wszystkie przemiłe komentarze, za zaglądanie, czytanie. Udanej Niedzieli Wam życzę.