wtorek, 1 kwietnia 2025
1 kwietnia
Witajcie, pewna pani na jednej z stron internetowych napisała- Przestańcie straszyć ludzi i pisać kocopoły. Dziś czasy są takie, że człowiek szuka rozrywki i chce się po prostu pośmiać. Specjalnie dla tej Pani i nas wszystkich rzeczywistość zaproponowała 1 kwietnia czyli Prima Aprilis, dzień żartów, psot i śmiechu. Dziś już pewnie nikt nie wysmaruje nam klamek smalcem, jak to dawniej w szkołach bywało, ale może warto poszukać, ba nawet wymyśleć historie, które wywołają uśmiech na twarzy.
Oto płotek, zwykły płotek. A może by tak...
Spółdzielnia Mieszkaniowa w...niedawno ogłosiła,że płotki nie mogą być zwykłymi płotkami, więc należy je przyozdobić. Wiadomość zaadresowana do mieszkanek osiedla...Wszyskie panie mają ozdobić osiedle swoimi stanikami. Najlepiej,żeby nie były zbyt sprane, mogą być lekko używane, byle czyste. Dobre będą białe, ale inne kolory też mile widziane. Właśnie jedna pani powiesiła na płotku swój stanik. Tak na dobry początek. Za nią na pewno pójdą inne, bo Spółdzielnia Mieszkaniowa w ...wymyśliła sankcje- podniesienie czynszu, codziennie o 50 groszy aż do skutku.
Ciasto "Mech" wygląda smakowicie, prawda?! I takie też było. Jednak zwróćcie uwagę na śmietanę. Była ubita zgodnie z przepisem, ale było jej chyba ciut za dużo, bo mimo całej nocy spędzonej w lodówce, po wyjęciu z metalowej formy, nie chciała być " w formie". I zaczęłaby swobodnie skapywać na stół, a potem dalej...Kap, kap ze stołu z wysokości plus minus metra dwadzieścia i lądować na podłodze tworząc esy floresy tudzież inne białe i tłuste arabeski. Czas grał tu zasadniczą rolę, więc łyżki w dłoń i trzeba było ratować tę słodycz, zapominając o tym,że ratowanie mazidła na pewno nie uratuje figury,a zdecydowanie pójdzie w boczki.
" Jesteście wolni - mówi głos publiczny do ludzi...Ukazujemy Wam cudowny świat nylonu i plastiku, arcydzieła komfortu, neony we wszystkich kolorach , kobiety o najpiękniejszych ciałach, najsubtelniejszą grę świateł i najszybsze tempo. Jesteście wolni, damy Wam smak życia, co prawda nie za darmo, ale w najwyższym gatunku. Dajemy Wam wszystko, aby nie pożerał Was niespokojny ból istnienia, abyście mogli zagłuszyć w sobie myśl o celu i zasadzie. Nie szukajcie motywacji bytu, ponieważ znajdziecie tylko rozdarcie i niepokój." Obrona "Grenady" 1966. Kazimierz Brandys.
Okładka wygenerowana przez sztuczną inteligencję. A książka? Dla mnie cud, miód i malina. A raczej jabłka... Lucyna postanowiła przenieść się na wieś i za wszystkie oszczędności kupić dom babci w Jabłonkach. Za namową przyjaciółki zaczynają szukać skarbu.Na pierwszy ogień idzie strych. Tymczasem skarb rośnie w sadzie sąsiada. To jabłka Złote Serca. Jabłonie posadzone jeszcze przez Henricha. A historia jabłek to miód na kobiece serce.
Świetnie napisana polska obyczajówka, od której nie mogłam się oderwać i przeczytałam w jeden dzień.
Kolejna książka, od której nie mogłam się oderwać ( ale moja siostra też) dwoje ludzi poznaje się pracując w psychiatryku. Ona jest "panną" z odzysku, ma dwoje dzieci z byłym meżem. Obydwoje mają demoniczne mamuśki, które na swój sposób bardzo mieszają im w życiu.
Bohaterka na przyjęciu u przyjaciółki poznaje bogatego, przystojnego, zmanierowanego faceta.Razem jadą na Lazurowe Wybrzeże,do Saint- Tropez, gdzie w domu ekscentrycznych partnerów eksperymentują z halucynogennymi substancjami. Najlepsze jest w tej książce to, że bohaterka przekonuje się jak cenna jest kreatywność, którą każdy posiada.Czasem wystarczy ją pobudzić, by stworzyć niebanalne obrazy.A potem... okazuje się,że wystarczy znależć się w odpowiednim środowisku, by właścicielka galerii dopasowowała terminy i obrazy lądują w salach wystawowych.I jeszcze świetna gala z udanym wernisażem.
A może coś do obejrzenia... Canal+ proponuje na dzisiejszy wieczór film " Książę"( Le Larbin) z 2024 roku.Lekkoduch Louis wskutek intrygi bogatego ojca sądzi, że przeniósł się w czasie. Musi radzić sobie jako służący w XVIII- wiecznej wiosce. Czy ten film będzie tak dobry jak " Goście, goście"? Chociaż ten drugi nigdy nie był najulubieńszym moim filmem tego gatunku. Zdecydowanie wolałam " Robin Hood, faceci w rajtuzach"( 1993) w równie znakomitej obsadzie, a moim ulubieńcem był...Richard Philip Lewis( 1947- 2024)- amerykański aktor charakterystyczny, słynny komik i pisarz.Zyskał rozgłos w latach 80 i zasłynął ze swojego czarnego i neurotycznego humoru. A jeśli " Książę" okaże się słaby zawsze można odpalić " Nie ma róży bez ognia" ( 1974) z Misiem Ba Lu czyliJerzym Dobrowolskim ( 1930- 1987) i wielką plejadą naszych polskich gwiazd. A Wy jakie macie swoje ulubione filmy komediowe?! I to będzie na tyle. Pozdrawiam.
poniedziałek, 31 marca 2025
Porozmawiajmy o filmie
Witajcie, dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Za docenienie mojego poprzedniego postu. Cieszę się,że powiększyło się grono obserwatorów mojego bloga.Dziś chciałabym opowiedzieć o filmie, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.To film Whiplesh. Oglądałam go na TVP Kultura w ubiegłym tygodniu. Film z 2014 roku, można go oglądać między innymi na Netflixie,na cda i pewnie jeszcze innych platformach. W Internecie znalazłam wiele bardzo dobrych recenzji na jego temat, więc początkowo nie miałam pomysłu, co ze swojej strony chciałabym dorzucić, aby o tym filmie pisać.Aż tu nagle wczoraj przy herbacie zaczęłam znowu o tym filmie rozmyślać i nagle - mam!
Zarys fabuły. Młody Andrew chce zostać wybitnym perkusistą jazzowym i szkoli się u bardzo wymagającego nauczyciela. Cena sukcesu okazuje się bardzo wysoka.
"Bardzo wymagający nauczyciel" to mało powiedziane. Terennce Fletcher sprawia wrażenie manipulującego psychopaty. Wydziera się na swoich studentów, rzuca przedmiotami, najgorszymi wyzwiskami, bywa że policzkuje delikwenta na oczach całej orkiestry. A zatem dlaczego Andrew" w to wchodzi"? Dlaczego trenuje do upadłego, a krew z uszkodzonej dłoni nie tylko kapie, ale wręcz na czerwono plami perkusję?! Odpowiedź znajdujemy między innymi w ciągu trzy minutowej scenie filmu!
Scena, o której teraz napiszę, nie jest eksponowana w zwiastunach. Znajdziecie ją na 44 minucie filmu i trwa od 44,14 do 47,04. Spotkanie rodzinne. Andrew jest wychowywany przez samotnego ojca. Matka chłopca odeszła od nich, gdy dziecko było małe. Finansowao dają sobie radę,bo ojciec jest cenionym nauczycielem. Pierwsza scena w kuchni. Ojciec zauważa plaster na dłoni syna i pyta co się stało. Chłopak macha ręką, rozpiera go duma,że dobrze mu idzie w orkiestrze, a Fletcher to docenia.Ojciec zadaje pytanie - Zależy ci na jego zdaniu?! Andrew spokojnie oparty o meble kuchenne potwierdza. Koniec rozmowy. Czas zanieść półmiski z jedzeniem i rozpocząć wspólny, rodzinny posiłek. Scena następna półmiski prawie opróżnione. Przy stole oprócz ojca i Andrew siedzą ciotka czyli siostra ojca z mężem i jednym z synów.Po dobrym posiłku czas na konwersację. Ciotka zadaje pytanie o zajęcia Andrew.Ale w jej głosie nie słychać rzeczywistego zainteresowania. Pyta, bo pyta. Chłopak zaczyna z przekonaniem opowiadać,że robi coś co dla niego jest ważne i dobrze mu idzie.Przerywa w połowie zdania, bo właśnie w drzwiach staje drugi syn ciotki, Trawis. Spóźnił się, bo rozgrywał mecz.Wszyscy siedzący przy stole witają go z wielkim entuzjazmem. Nikt już nie myśli o tym co mówił Andrew,to już nie ma znaczenia.
Bracia siedzą naprzeciwko Andrzeja ( tak będzie prościej odmieniać to imię) Są wyluzowani, uśmiechnieci, zadowoleni. Ich matka zaczyna odę pochwalną. Trawis w drużynie, Justin też jakieś osiągnięcia, Jimmi ( ojciec Andrzeja) nauczycielem roku, cóż za uzdolniona rodzina! Po krótkiej pauzie pytanie o osiągnięcia Andrzeja.Przypadek czy zamierzony efekt,który podkreśla, jak mało ważne jest to co chłopak ma do powiedzenia?! Andrzej znowu zaczyna mówić, głośno i pewnie. Słuchając go można odnieść wrażenie,że jest arogancki. Trawis pyta czy dobrą orkiestrę można wymiernie wycenić, dla niego sukces to wygrany mecz. Z końca stołu odzywa się wuj- czy Studio da mu zatrudnienie i czy w ogóle z tego można się utrzymać. Po czym zmienia temat. Nalega by Trawis opowiedział o meczu. Trawis zaczyna, ale Andrzej przerwywa mamrocząc coś pod nosem.Po chwili już głośno- To nie jest ani pierwsza, ani drugo-, a trzecioligowa drużyna. Tymczasem on gra w pierwszej orgiestrze i ma zamiar być najlepszy. Przy stole znowu cisza. Wuj nie wytrzymuje i pyta czy Andrzej ma kolegów, przyjaciół, bo jego synowie mają. Wuj wie,że Andrzej jest samotnikiem.On z kolei udziela odpowiedzi podsuniętej mu kiedyś przez Fletchera. Po czym słyszy o przyjaźni wśród członków zespołu The Beatles. Ojciec stwierdza,że wszyscy znani muzycy kończą życie po trzydziestce, zaćpani.Chłopak odpowiada,że woli to i bycie zapamiętanim, niż egzystowanie w tłumie bez ambicji. Wszyscy milkną.Andrzej wstaje. Ciotka zmienia temat pytając o deser, ojciec również, pyta czy odezwali się do Andrzeja z Lincoln Center. 19- latek wychodzi. Niewiarygodne jak dużą robotę wykonuje w tej scenie cisza, w tej i w we wszystkich scenach filmu.
Ojciec widzi w Andrzeju małego chłopca, którego chce przede wszystkim chronić, bo tego się nauczył przez te wszystkie samotne lata.Na głębsze rozmowy, które przyniosły by im autentyczne wsparcie i ukojenie nie mają ani czasu, ani ochoty. Tę lukę wypełnia Fletcher, który ma swoje powody, aby motywować Andrzeja.Pomimo drastycznych metod imponuje chłopakowi, który widzi w tej współpracy przepustkę do lepszego, pełniejszego życia, zgodnego ze swoją pasją.Pozostali członkowie rodziny przywykli do ignorowania milczącego, zakompleksionego chłopca. Sytuacja przy stole ich zaskoczyła.Starają się sabotować wysiłki chłopaka( bo jego zachowanie kłóci się z oceną,która obowiazywała przez lata. Raz przyklejoną etykietę bardzo niechętnie zmienia się na inną.), gdy ten- po raz chyba pierwszy- próbuje zawalczyć o siebie i powiedzieć co jest dla niego ważne.Trawis i Justin, którzy nie muszą walczyć o akceptację i są wychwalani pod niebiosa przez rodziców przy każdym podjętym działaniu, nie rozumieją- bo nie muszą- co przeżywa Andrzej będąc pod presją tych ciągłych i niekończących się porównań. Porównań, które zawsze będą niekorzystne dla niego. A on sam czego by nie powiedział i nie zrobił nigdy nie będzie wystarczająco dobry.Rodzina musi mieć się na baczności, bo w Andrzeju budzi się prawdziwy wojownik, który jest na najlepszej drodze na wyjście z trwającego latami impasu.Najważniejsze są zmiany jakie dokonują się w jego świadomości, w obrazie samego siebie, bo on już wie,że da radę, a jak się przewróci, to się podniesie, a jak się znowu przewróci, to sobie poleży i znowu się podniesie.( to słowa ze słynnego tekstu Jacka Walkiewicza).W filmie jeszcze się sporo wydarzy. A zakończenie jest godne tego filmowego arcydzieła. Film dzięki wykorzystanym efektom wizualnym, dźwiękowym i powtarzająch się elementach narastającego napięcia, kulminacji, stopniowego opadania tegoż napięcia aż do kadrów spokojnych, które wnoszą trochę wytchnienia- sprawia, że od ekranu nie można dosłownie się oderwać. Znacie ten film?
Jeśli chodzi o wersję, gdzie główną bohaterką jest kobieta, przychodzi mi na myśl inny film- " Szeregowiec Benjamin" z Goldie Hown z 1980 roku.To komedia,którą oglądałam niezliczoną ilość razy, bawi do łez, ale też uczy.Judy najpierw zapisuje się do wojska, żeby uciec od osobistej tragedii i od wszystkiego co ją przytłacza.W jednostce wszystko idzie nie tak. Ciągle wszystkim tłumaczy,że trafiła tu przez przypadek i miało być zupełnie inaczej.Własny pokój, a nie spanie z całą armią obcych kobiet w jednym pomieszczeniu i inne takie tam. Jednak, gdy zjawiają się rodzice,żeby zabrać ją z tego piekła uświadamia sobie, że prawdziwy koszmar zdarzy się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy podpisze papier i wróci do domu.Judy zmienia nastawienie i dopiero zaczyna prawdziwą przygodę w wojsku. Do czasu... aż na przepustce poznaje pewnego przystojnego kardiologa...
I to byłoby tyle na dziś.A jakie są Wasze ulubione filmy?! Pozdrawiam serdecznie i do następnego postu.
czwartek, 20 marca 2025
Opowieści na powitanie wiosny.
Witajcie Moi Drodzy w pierwszy dzień astronomicznej wiosny.Dziękuję Wam za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Za żywe reagowanie na moje posty, za dyskusję. Wymyśliłam sobie, że znowu napiszę jakąś opowieść osnutą na przeczytanych książkach, które mnie zainspirowały, bo "Życie jest nieskończoną księgą historii, czekających na opowiedzenie." jak napisał w odpowiedzi na mój komentarz na swoim blogu Jurnalista Douglas Melo
Grodzisko w Tumie. Pierwsza lokalizacja miasta.Dookoła łąki, mokradła, a w dawnych czasach bagna, które były dodatkowym zabezpieczeniem utrudniającym wrogowi dotarcie do grodu.Bagna pobudzały wyobraźnię, więc tworzeniu opowieści, legend i klechd nie było końca. Macondo w powieści " Sto lat samotności" Gabriela Garcia Marqueza też powstało w otoczeniu bagien. I jakież było zdziwienie, gdy nagle na tym dobrze zabezpieczonym terenie pojawili się Cyganie, a krępy Cygan o imieniu Melquiades miał coś, co odmieniło życie Jose Arcadio Buendia, spotkanie to stało się początkiem długoletniej przyjaźni.A może by tak "Sto lat samotności" po polsku? Macondo zwie się Zręby i powstało w gęstym lesie otoczonym bagnami. Ale zacznijmy od początku.
Fornal Mikołaj dał swojego najstarszego syna na służbę do dworu. Łukasz był tak bezczelny, że grając w karty z dziedzicem wygrał las. Dziedzic nie miał o to pretensji. Miał kłopot z żoną i mocno wierzył w powiedzenie,że kto nie ma szczęścia w kartach, ma szczęście w miłości. Z kolei Łukaszowi uwierał w kieszeni akt własności lasu. Nie mógł już być jak dawniej fornalem, ze wsi też go wygnano.Został mu las. Pewnego razu obudził go trzask drewna płonącego ogniska. Do płomieni dokładała gałęzie piękna Cyganka, obok dreptał na dwóch łapach cudacznie ubrany niedźwiedź. Zajadał się soczystymi gruszkami z gruszy, która rosła w lesie.Potem pojawił się Cygan o złotych zębach, z którym Łukasz prowadził egzystencjalne dyskusje.Łukasz nazywał go królem Cyganów. Temten z kolei choć nie używał tej nazwy, wiedział,że za takiego uważają go ludzie z taboru, bo co dzień rano znajdował przy swoim wozie kurę.Co ciekawe - kiedy Cyganki szły do wsi wróżyć i kradły kury,ludzie uważali,że to normalne i tak ma być. Ale kiedy później Cyganki chciały płacić za kury żywym pieniądzem- o to to nie,to było nie do pojęcia i nie do przyjęcia. Można było odwiedzić Cyganów, ale zawsze oczekiwali od przybysza podarków. Gdy gość nic nie przyniósł ignorowali go zupełnie.
Po pewnym czasie Cyganie odjechali, ale Cyganka Pawlina została, a z nią niedźwiedź. Łukasz miał już o kogo dbać, zbudował szałas i zaczął karczować las pod uprawy.Po pewnym czasie zaczęli budować murowany dom i Cyganie zwozili im z daleka wozy wypełnione kamienieniami. Pawlina chodziła do wsi.Całymi godzinami przesiadywała u wdowy,gdzie panowała nieustanna krzątanina i zgiełk. Kobieta narzekała,że z coraz większym trudem przychodzi jej wykarmić tak liczną gromadkę dzieci. Któregoś razu, gdy Łukasz wrócił ze zrębu zastał Pawlinę z dzieckiem. Pola rosła i kiedy dorosła zakochała się w Cygańskim królu. Z tego związku narodził się Romuald potocznie zwany Romkiem. Jednak Cygan zbyt cenił sobie wolność,żeby na stałe związać się z kobietą. Tłumaczył ,że może być jedynie ojcem chrzestnym swojego syna. Męża dla Poli przywiózł z Żuław. Jakub miał oczy błękitne jak woda, włosy tak jasne ,że ludzie mówili o nim anioł boski. Zgodził się zostać mężem Poli, bo wiele zawdzięczał królowi Cyganów. Pola kochała króla Cyganów, więc przyjęła jego warunki. Jakub zajmował się melioracją, nauczył tego przybranego syna. Romek nie dość,że wyglądał jak Cygan, to jeszcze duszę miał cygańską.
To tylko jeden z ważniejszych wątków tej powieści. I urwałam go w połowie. Książka podzielona jest na księgi np. księga wody, mgły, kamieni.Powieść czyta się bardzo dobrze i ze względu na treść i konstrukcję wpisuje się ona w tzw. realizm magiczny.
"Czasami dzieją się cuda, które nie są dobre, ani złe, tylko takie Pomiędzy. Ten przyimek złożony ma niemałe znaczenie. Pawlina kiedy zamieszkała w murowanym domu i nie podróżowała z taborem przestała być uważana za Cygankę. Ona była kimś pomiędzy Potomkowie Łukasza mieszkający w Zrębach żyli pomiędzy Cyganami a ludżmi ze wsi. Czasami coś układało się z pozoru dobrze, ale z pewnych względów nie umieli się z tego cieszyć, ani smucić. Ich odczucia były pomiędzy radością a smutkiem. To tak jak w życiu- między trudnymi wydarzeniami a euforią jest codzienność czyli coś pomiędzy i to pomiędzy jest ok.
Jaume Cabre w swojej książce " Głosy Pamano" napisał,że pomiędzy datą narodzin i datą śmierci jest myślnik. I tylko od nas zależy co zrobimy z tym pomiędzy. A może macie pomysły na jeszcze inne pomiędzy?
A propos niedźwiedzia Pawliny. W książce Bohdana Baranowskiego " Ludzie Gościńca w XVII i XVIII wieku" jest mowa o niedźwiednikach. " Niedźwiedzie kupowano przeważnie w okolicach kompleksów leśnych, tj. Puszczy Białowieskiej lub puszcz białoruskich. Zatrudnieni tam gajowi lub strzelcy starali się zdobyć młode niedźwiadki, które następnie za bardzo wysoką cenę sprzedawali niedźwiednikom. Ponieważ zawód niedźwiednika przechodził z ojca na syna , w rodzinach takich doskonale potrafiono wyuczyć ich różnych sztuczek". Pracujący niedźwiedź zwracał się potem z nawiązką.Dawał pokaz na targach i jarmarkach zarabiając na utrzymanie swoje i niedźwiedników. Z niedźwiedziami łączył się jeszcze inny ciekawy zwyczaj. Ludzie wierzyli,że niedźwiedź , który wejdzie do domowej izby przyniesie im szczęście. A on owszem, najpierw nie chciał wejść, ale za odpowiednią opłatą jego właściciel dawał mu znak,żeby przestąpił próg domu. Bardzo często niedźwiednikami byli Cyganie.
I jeszcze dwa słowa o lasach w przyszłości. Profesor Marcin Dederski ( Polityka, nr 12/2025 " Igła w stogu liści" rozmowa Jędrzeja Winieckiego) przewiduje, ze w związku ze zmianami klimatycznymi lasy zmienią swoje oblicze. Za kilka dekad będą to głównie lasy liściaste i ciemne.Powiedział,że sosna, która potrzebuje więcej wody zdoła się utrzymać głównie na Pomorzu i w górach.
To tyle na dziś. Jeśli macie ochotę na jeszcze inną opowieść osadzoną na terenie bagiennym to polecam książkę Edwarda Redlińskiego " Konopielka", a jeszcze lepiej film we wspanialej obsadzie nakręcony w 1982 roku pod tym samym tytułem. Mieszkańcy Taplar od pokoleń żyją sobie spokojnie z dala od cywilizacji. Wielki świat szcześliwie omija ich wioskę. Niestety pewnego dnia władze powiatu postanawiają przeprowadzić elektryfikację i otworzyć we wsi szkołę...Znacie "Konopielkę"? Miłego weekendu.
niedziela, 2 marca 2025
Trochę o książkach, filmach i wydarzeniach.
Witajcie w marcu.
Dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie. Na Wasze komentarze będę jeszcze odpowiadać. O dalszej części Ludynii nie zapomniałam, muszę jednak uporządkować notatki. Co robiłam w lutym oprócz tego,że zmagałam się z różnymi zdrowotnymi dolegliwościami? Głównie czytałam i oglądałam filmy. Założyłam sobie,że w lutym przeczytam 10 książek. Pomysł, jak pomysł, można się przyczepić,że poszłam w ilość, jakbym zaliczała książki na akord, ale ogólnie spodobało mi się to wyzwanie.Czy dałam radę?! I tak i nie, bo stanęło na 9 książkach, ale jeśli brać pod uwagę zbiór opowiadań,do którego wracałam przez cały miesiąc i mam zamiar skończyć, to ta dycha by się uzbierała. Zacznę więc od tych opowiadań, a w zasadzie do jednego z nich.
Po "Przedwiośniu" Stefana Żeromskiego doszłam do wniosku,że może warto sięgać po starsze książki i wypożyczyłam z biblioteki zbiór opowiadań Kazimierza Brandysa. Pierwsze z nich pt."Niedźwiedź" bardzo mnie się spodobało. Miało być spokojne miejsce na przeczekanie wojennej zawieruchy,oddech po burzliwych miesiącach powstania warszawskiego.Rzeczywistość okazała się inna, ale jednocześnie dość ciekawa.
Akcja zaczyna się w październiku 1944 roku. Nasz bohater po załatwieniu kilku niezbędnych przepustek,wraz z narzeczoną, pociągiem dotarli do małej wsi otoczonej lasami. Pobrali się w miejscowym kościele, a następnie zajęli pokój w wiejskiej chacie w Adelinie. Gospodarze wstawili im do izby piecyk- popularną" kozę", trzeba było postarać się o opał.Edzio, syn gospodarzy zawiózł naszego - powiedzmy- Kazimierza( w opowiadaniu narrator nie ma imienia) do leśniczówki po kwit na drewno. Oprócz gajowego Rewery i jego nieustannie drapiącego się wyżła, było w niej kilku młodych mężczyzn. Jeden z nich- Rafał dał Kazimierzowi list do młodej dziedziczki we dworze. Na odchodnym zakrzyknęli do odjeżdzających, aby pokłonili się Niewdźwiedziowi, jeśli go spotkają w lesie. Dwór wypełniony był uciekinierami z Warszawy, po zaniedbanym parku przechadzały się dostojne starsze panie w towarzystwie księdza. Wszyscy wypytywali o wieści z Warszawy, o konkretne ulice i miejsca,czy przetrwały budynki, zakłady. Niektórzy przebywali w Adelinie od lipca, ich niepokój o losy bliskich sięgał zenitu.W parku były granatowy policjant Dederko przy ognisku gotował sobie strawę.Przy kolejnym spotkaniu z Kazimierzem powiedział,że dostał list od Niedźwiedzia, aby porzucił swoje niechlubne zajęcie( granatowego policjanta) i stał się przyzwoitym człowiekiem. Przyjechał do Adelina, najpierw mieszkał w szałasie, a potem w obórce przy gospodarzach. Kręcił się nieustannie po wsi,zaopatrywał we własnoręcznie wykonane skręty,kłusował. Panienka przyjęła Kazimierza w salonie, wszystkie meble nakryte były zakurzonymi jasnymi pokrowcami. Przy takiej ilości ludzi we dworze ciągle wybuchały o coś kłótnie.Stara dziedziczka ledwo to znosiła, zamknęła się w swoim pokoju, stawiała pasjanse.Najbardziej wyczekiwanym sygnałem dla wszystkich był gong na posiłki,wtedy wkraczało radosne ożywienie. Kazimierz niespodziewanie stał się łącznikiem między dworem , a leśniczówką.Różne niepokojące wieści o planowanej niemieckiej obławie krążyły po Adelinie.Holender - Peter, który kręcił się w pobliżu dworu i partyzantów, okazał się szpiclem. Młoda dziedziczka próbowała ostrzec Rafała, wykorzystując jako posłańca- Kazimierza.Uratowała mu tym samym życie. W leśniczówce oprócz dwóch kobiet nie było nikogo, później pojawił się gajowy. Kazimierz powierzonej misji nie wypełnił, listu nie dostarczył, ale swoje życie uratował. Szedł już leśną drogą, z dala od utartego szlaku, gdy zaczęła się obława. Niemcy wywlekali chłopów z chałup, zabrali gajowego, zastrzelili kilkanaście osób z oddziału partyzanckiego i ułożyli zabitych pokotem,żeby cała wieś zobaczyła jakie są konsekwencje działań przeciw okupantowi. Temat Niedźwiedzia i jego oddziału partyzanckiego nieustannie powracał.Nikt człowieka nie widział, ale wszyscy w Adelinie o nim mówili.Każdy inaczej opisywał jego wygląd, wszyscy podziwiali,szczególnie po skutecznej akcji odwetowej, odbicia więźniów z niemieckiego posterunku. Niedźwiedź stawał się bohaterem, każdy chciał mu spojrzeć w oczy, uścisnąć dłoń, podziękować za nadzieję i walkę. W styczniu Adelin został wyzwolony. Rafał z oddziału partyzanckiego i panienka ze dworu planowali ślub w Warszawie, również Kazimierz z Magdą zaczęli się szykować w drogę powrotną. Spotkali Dederkę, żegnając się Kazimierz powiedział- "A jakby pan kiedyś spotkał Niedźwiedzia, to niech mu pan powie, że ludzie, co to byli w tym czasie...zawsze go będą wspominać."- Niedźwiedzia? A jego , wie pan, to chyba wcale nie było...Hasło. Takie sobie umyślili : Niedźwiedź. To było ichnie chłopskie wojsko, podobnież czerwone. Dawniej to ono się razem nie trzymało. Każdy oddziałek- sobie. Ale na wiosnę ugodę zawarli we wsi pod Opocznem, co się nazywa Niedźwiedź. A ludzie jak to ludzie. We wszystkim chcą poczuć człowieka."
Kazimierz Brandys był rodowitym łodzianinem. Pochodził z żydowskiej rodziny inteligenckiej. Podczas okupacji niemieckiej ukrywał się w Warszawie poza murami getta, a po wojnie zaczął budować nad Wisłą nowy wspaniały świat.( nowy wspaniały świat wypadałoby wziąć w cudzysłów, bo pamietać tego - nie pamiętamy, ale wiemy jak było) Naraził się Czesławowi Miłoszowi potępiając jego decyzję o wyborze wolności po drugiej strony żelaznej kurtyny. Sam w 1981 zamieszkał w Paryżu, gdzie zmarł 11 marca 2000 roku.Co ciekawe, ja pomyliłam braci. Mając naście lat przepadałam za opowiadaniami starszego brata Kazimierza- Mariana. Szczególnie lubię tomik opowiadań " Honorowy łobuz" autorstwa Mariana Brandysa. Chetnie jednak zapoznałam się z twórczością Kazimierza. Opowiadania wydane w 1973 roku.Z powodzeniem mogłabym je wpisać do wyzwań czytelniczych na marzec "Lubimy czytać"(Obserwuję te comiesięczne propozycje).Jedno z wyzwań dotyczy między innymi autorów, którzy tworzyli w latach 1945- 1989.
Daniel Olbrychski kilka dni temu obchodził 80 urodziny. Z wielką przyjemnością przeczytałam z nim wywiad z tygodniku opinii, bo dla mnie to polski aktor nr 1. Myślę,że miał dużo szczęścia, że będąc znakomitym aktorem grał z równie świetnymi aktorami u wybitnych reżyserów." Pięć dni przed zakończeniem zdjęć do " Brzeziny" Wajda zdyscyplinował nas drobnym kłamstwem. Powiedział, że ma taśmę, wtedy drogą , światłoczułą, tylko na jedewn dubel.Nie macie prawa się w niczym pomylić- zarządził. Graliśmy, jakby to był Teatr Telewizji na żywo.Nikt pretensji o to do reżysera nie miał.( Rozmowa Janusza Wróblewskiego, "Polityka" nr 9 2025.)
W Walentynki byłam z córką na 4 części Bridget Jones.Bawiłyśmy się dobrze. Jednak pierwszej cześci żadna z kolejnych nie przebiła. Zdecydowanym atutem było zobaczyć wszystkich aktorów po 24 latach.Bridget ma w ostatniej części 52 lata, dwoje dzieci, jest wdową od kilku lat.Znowu szuka faceta i po niewypale z dużo młodszym mężczyzną, trafia na takiego, który do niej pasuje. Obejrzałam w TV oskarowy film z 2022 roku Wszystko wszędzie naraz i uważam,że jest znakomity. Evelyn, kobieta w średnim wieku prowadzi z meżem - obydwoje Azjaci- pralnię w USA.Akcja toczy się w ciągu kilku dni. Evelyn ślęczy nad paragonami i fakturami, bo nadszedł dzień, gdy całą rodziną ma rozliczyć podatki.Urzędniczka patrzy na nią jak na nierozgarniętą kobietę przybyłą z innego kręgu kulturowego.Mąż Evelyn czuje się zaniedbywany, córka w okresie buntu próbuje przedstawić matce prawo do własnych wyborów. A Evelyn wyobraża sobie,że mając tyle możliwości... skończyła w pralni. W trakcie oglądania chwilami trudno się połapać o chodzi w tych surrealistycznych scenach, ale na koniec wszystko się wyjaśnia, układa.Chętnie obejrzałabym jeszcze raz, bo w trakcie tych scen rodem z walk wschodu padają zdania niczym filozoficzne sentencje, a łatwo je przegapić i nie usłyszeć w natłoku zmieniających się obrazów. Zakończenie jest przemyślanym happy endem.
Opowieść w książce "Toń" Ishbel Szatrawskiej układa się niczym puzzle. Początkowo bardzo trudno było się w nią wciągnąć. Zaliczyłam trzy próby,ale potem w trakcie czytania wszystko wskakuje na swoje miejsce i na koniec widzimy piękną wojenną i powojenną mazurską opowieść, oplecioną wokół domu. Cztery pokolenia i najważniejsza postać- Janka, prosta, silna kobieta, która potrafiła się odnaleźć i poradzić w tych bardzo trudnych czasach.Bardzo poruszyła mnie śmierć Mariana Turskiego. Jego jedenaste przykazanie" Nie bądźcie obojętni" i wystąpienie w Auschwitz podczas 75 rocznicy wyzwolenia obozu. Robert Peckham promując swoją książkę " Strach. Inna historia świata" twierdzi,że ludźmi od wieków rządzono przez strach." Politycy wykorzystują strach nadając naszym lękom twarz, tak jak zrobił to Hitler, stygmatyzując Żydów. Wykorzystał różnorakie obawy oraz fobie Niemców i przekierował je na grupę narodowościową, obarczając ją odpowiedzialnością za całe zło. III Rzesza jest złowrogim przykładem państwa, które ze strachu uczyniło przemyślaną i centralnie sterowaną politykę" ( "Polityka" nr 9. Rozmowa Tomasza Targańskiego) Ta książka zapowiada się bardzo ciekawie, może warto po nią sięgnąć?! To tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie
czwartek, 30 stycznia 2025
Ludynia. Marzenia się spełniają.
Witajcie. Tradycyjnie dziękuję za zaglądanie, czytanie i komentowanie.Patronem- pisarzem 2025 roku jest Stefan Żeromski. Myślę,że to właściwa pora,żeby napisać o Ludynii, gdzie kręcono zdjęcia do " Syzyfowych prac" i "Przedwiośnia".
Odwiedziliśmy ją w maju ubiegłego roku w drodze powrotnej z Koniecpola. Taki był jeden z pierwszych widoków, jaki nam się ukazał po dotarciu do miejsca docelowego. Spacerowaliśmy z rowerami w jedną i drugą stronę, i ogarniały nas coraz większe wątpliwości, czy uda nam się zbliżyć do dworu, o zwiedzaniu nie wspominając.Na stronie internetowej przeczytałam,że dwór znajduje się w rękach prywatnych i można go zwiedzać po wcześniejszym uzgodnieniu z właścicielem. W pewnej chwili zobaczyłam, że ktoś wychodzi z dworu i kieruje się w stronę parku. To jeszcze nic nie znaczyło. Jednak na parkowym murze była tabliczka,że prowadzi tu trasa do nordic walking. Weszliśmy do parku i zobaczyliśmy mężczyznę zajmującego się pracami porządkowymi.Wysoki, szczupły, niemłody. Od słowa do słowa okazało się,że to pan Stanisław- dwudziesty właściciel majątku w Ludynii.
Parterowy dwór, położony wśród stawów jest drewniano- murowaną budowlą na planie prostokąta, zaliczanym do dworów alkierzowych.Został zbudowany w połowie XVIII wieku, w czasach gdy wieś należała do Kluczewskich herbu Jasieńczyk.
Obok dworu znajduje się jeszcze starszy, bo z połowy XVI wieku budynek - lamus dworski, który kiedyś był siedzibą zboru Arian- Braci Polskich ( ruch religijny, który wyodrębnił się z polskiego kościoła Ewangelicko- Reformowanego w latach 1562- 1565).
Dwór często zmieniał właścicieli. W XIX wieku ówcześni właściciele otynkowali go i pomalowali, przez co stracił swój charakter. Po roku 1945 przeszedł na własność skarbu państwa. Do połowy lat 70 w dworze mieściła się szkoła, a w zborze biblioteka.
Kiedy oferta pojawiła się w katalogu wydawanym przez ministerstwo kultury "zabytki na sprzedaż"- zainteresowała pana Stanisława. Był w Ludynii jako student, jednak dworu zupełnie nie pamiętał. Postanowił odwiedzić to miejsce. Była śnieżna zima.Ten dwór w białej szacie z pięknym łamanym, polskim dachem zrobił na nim takie wrażenie,że zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia. Pertraktacje z właścicielem trwały rok i w 1996 roku pan Stanisław Giżyński - chemik z wykształcenia, historyk z zamiłowania został właścicielem modrzewiowego dworu w Ludynii.
A potem remont, który trwał 10 lat. Usunięcie zewnętrznego tynku i postępujące prace od fundamentów w górę. Gont na dachu został wymieniony w całości. 50 tysięcy drewnianych klepek z drewna osikowego łupanych i ręcznie wyrabianych! Od kilku lat pan Stanisław na stałe mieszka we dworze.Wewnątrz dwór ma dwie przestrzenie- prywatną i udostępnianą dla zwiedzających. O tym, co zobaczyliśmy wewnątrz napiszę w następnym poście. Korzystałam z informacji zamieszczonych w Internetowych wydaniach Świętokrzyskiego Echa Dnia. To tyle na dziś. Miłego weekendu.
czwartek, 23 stycznia 2025
Pociągiem do Gliwic
Witajcie! Dziękuję za wszystkie komentarze, za zaglądanie, czytanie, wyrażanie troski.
Zimę jaką mamy to nie zima jaką pamiętamy, za jaką tęsknimy. Zadziwia tym bardziej fakt, że chwilowe pojawienie się śniegu potrafi sparaliżować służby drogowe i komunikację. Któregoś razu podczas tego nagłego ataku zimy przeczytałam- " Nasz pociąg stał 6 godzin w Żyrardowie, ale przynajmniej dostałem wafelka". W tygodnikach opinii nieustannie publikowane są artykuły na temat niewydolności kolei. Przytaczane są przykłady, jak to gdzieś cudem nie doszło do katastrofy,bo czynnik ludzki szwankuje- nieodpowiednio wykształceni maszyniści, z przepracowania mało nie doprowadzają do zderzeń składów. Innym razem czytam o Pendolino( o którym mówi się też Pędzolino), wszystkich jego wadach, w tym że stanowczo ich za mało. A sami kolejarze w dniu swojego święta ( 25 listopada) żalili się, że o kolei mówi się jedynie, gdy dojrzie do katastrofy. Martwią mnie te negatywne opinie i postanowiłam coś dobrego napisać o działalności PKP. Otóż w listopadzie ubiegłego roku za przysłowiową złotówkę wybraliśmy się na wycieczkę do Gliwic. Najpierw Inter City Chemik relacji Płock - Katowice, potem szybka przesiadka do Inter City relacji Przemyśl- Berlin. Wieczorem powrót, a cała podróż za 8 złotych! To prawda,że podczas każdej kontroli biletów trzeba było wyciągać wszelkie możliwe dokumenty, ale jaka radość gdy w pociągach i na stacjach widziało się entuzjastycznie podekscytowane wycieczki seniorów.
Ulica Zwycięstwa w Gliwicach. W Gliwicach byliśmy jeszcze przed południem. Już po wyjściu z dworca skierowałam się w kierunku głównej ulicy miasta, gdy tymczasem mój mąż zakumonikował mi,że GPS wskazuje inną trasę. Po zrobieniu kółka wokół dworca postanowiliśmy wypytać ludzi stojących na przystanku MPK, jak dojść do Palmiarni. Jeden pomachał tylko ręką i zatoczył się, bo był już porządnie zawiany pomimo wczesnej pory.Kolejna osoba nie wiedziała, następnie mężczyzna tłumaczył długo i zawile. Dopiero zagadnięty facet w pomarańczowej kurtce z fikuśnym szalikiem krótko i zwięźle wytłumaczył nam po angielsku. A najbardziej zwięzły był drogowskaz z wyciągniętej ręki- Tam! Innym ciekawym zjawiskiem było zauważenie przez mojego męża,że megafon na dworcu przed ogłoszeniem pociągu wygrywa jakąś niemiecką melodię. Nie było to prawdą, co sprawdziłam czekając po południu na pociąg do Katowic. Pamiętacie ten kadr z filmu "Vabank 2. Riposta", gdzie Kramer miał przekroczyć fikcyjną granicę z Niemcami? Najpierw poleciała jakaś melodia z płyty, a potem wyszli przebrani za Niemców strażnicy graniczni. W Gliwicach gong puszczają nagrany z płyty analogowej.
Kamieniczki w rynku z charakterystycznymi podcieniami.
Gliwicki ratusz w remoncie.
Jak dla mnie w Gliwicach najpiękniejsze są secesyjne kamienice.
I właśnie te z czerwonej cegły...
Palmiarnia w Gliwicach. Nie wchodziliśmy do środka.
Tościk w śniadaniowni. Niestety nie trafiłam na kluski śląskie z modrą kapustą, a typową śląską gadkę usłyszałam w ...aptece. Późnym popołudniem wsiedliśmy znowu do Chemika i popędziliśmy w stronę domu. W wagonie te same twarze co rano. Pociąg na godzinę utknął na stacji Łódź Widzew, w Łodzi Chojny wykoleił się pociąg towarowy.Ale wafelków nie rozdawali. Miałam ochotę na gorącą herbatę, ale w rezultacie nie poszłam do Warsu, nie przepadam za herbatą ekspresową.
A to moje zimowe ludziki, które kupiłam dzięki Ani. Po złotówce od sztuki.
Serniczek na Dzień Babci i Dziadka z rewelacyjnego przepisu od ania gotuje, z galaretką żurawinową.I to by było tyle na dziś. Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego postu.
czwartek, 2 stycznia 2025
Witajcie w 2025 roku.
Witajcie Moi Drodzy w 2025 roku! Witajcie po 2 miesiącach mojej przerwy w blogowaniu. Dziękuję Wam za życzenia i tak naprawdę to one mnie skłoniły do powrotu.
Mój zimowy parapet okienny. Muszę tutaj nieco napisać, co było powodem mojej nieobecności. Po pierwsze zaczęło brakować mi weny.Rok temu przenieśliśmy się do miasta i to co było dotychczas treścą moich postów przestało być aktualne: wiejskie obrazki, potrawy, a nawet robótki. Żyjąc wygodnie uświadomiłam sobie, że mniej się ruszam i za bardzo sobie dogadzam jeśli chodzi o jedzenie. Trzy lata temu poziom glukozy lekko przekroczył normę i lekarz wysłał mnie na badanie krzywej cukrowej. To było koszmarne badanie- małe, duszne pomieszczenie,pielęgniarka, która co chwilę wychodziła, żeby przypomnieć,że nie wolno zdejmować masek...Na szczęście wyniki badania były dobre, niczego nie wykazały.Ale minęły 3 lata i wyobraźnia zaczęła pracować. Postanowiłam przejść na dietę niskowęglowodanową i więcej się ruszać. Spacery, spacery, umiarkowane ćwiczenia.Wykluczyłam z codziennej diety sporo rzeczy. A listopad - ciemny i nostalgiczny doprowadził mnie do paranoi. Już sama nie wiedziałam co jeść. Nagle miałam ochotę na kakao i zaraz sprawdziłam,że mleko nie wchodzi w grę. W dodatku po otrzymaniu skierowania na badania stwierdziłam,że już na drugiej pozycji jest hemoglobina glikowana. Tak, tak, po przekroczeniu pewnego wieku jesteś podejrzana o wyszystkie choroby.Tymczasem glukoza i hemoglobina glikowana wyszła mi w normie, mam też podobno całkiem przyzwoitą morfologię. Ale nie wszystko jest w normie. Do lekarza się nie spieszę. Od pandemii mam ograniczone zaufanie do systemu.
To zdjęcie jest z sprzed 2 lat. Ostatnio nawet fotografowanie zaniedbała. Zresztą nie ma u nas takiej zimy i najprawdopodobniej nie będzie. I nawet chyba specjalnie nie tęsknię, choć w okresie zimowym chętnie oglądam takie obrazki. A propos fotografowania. Wzięłam aparat na spotkanie przed samym Sylwestrem i nawet go nie wyjęłam z futerału. Przyszło niewiele osób, a niektóre z tych co były zachowywały się niczym w mediach społecznościowych. Tylko ja, ja , ja i nie dopuszczanie nikogo do głosu.Co zaś do mediów społecznościowych podobno przyczyniają się do upadku tradycyjnej prasy. Przed świętami zaopatrzyłam się w podwójne numery moich ulubionych tygodników. A tam między innymi artykuł o nadziei i trzy przypadki osobowościowe. Jeden z bohaterów stracił pracę i po wielu perypetiach zatrudniono go po 8 miesiącach. Inny narobił długów i jest nadzieja,że te 100 tys.zł zaciągniętych w bankach i chwilówkach spłaci za póltora roku. Trzeci mocno ucierpał na środkach odurzających, ale jest nadzieja, bo trafił na terapię. Jakie czasy, taka nadzieja. Kolejny artykuł był o tym,że bezsenność stała się obecnie prawdziwymym problemem. W innym z kolei magazynie przeczytałam o dobrym przygotowaniu do świąt, z właściwym w tej materii planowaniem i dzieleniem się obowiazkami. Program rozpisany na kilka tygodni ukazał się na trzy dni przed świętami.Potem szły narzekania krytyków w radio i Internecie. Między innymi,że poza paru wokalistami nie mamy teraz żadnych zespołów muzycznych, a w drugiej połowie 2024 roku nie powstała żadna godna uwagi produkcja filmowa. W tej sytuacji mój brak weny to po prostu pikuś.
Pod koniec roku przeczytałam sporo książek. Dotychczas było to 20 parę rocznie, a w ubiegłym roku 39. Przeglądam sporo książkowych vlogów. Jednak finalnie doszłam do wniosku,że trzeba mieć duży dystans do tego, co tam publikują. Moje gusta czytelnicze rzadko pokrywają się z tym co widzę w Internecie, więc zastanwaiam się czy pisanie o książkach jest dobrym pomysłem. Pomijam już fakt,że są tacy, którzy robią to lepiej. Na zdjęciu "Roztopy"Jędrzeja Pasierskiego, kryminał z komisarz Niną Warwiłow, 2 tom z serii.
"Miasto Archipelag" Filipa Springera to książka, która opowiada o 31 miastach z dawnego podziału administracyjnego.(1975-1998) Było trochę niepokoju przy powstawaniu tamtego podziału, ale potem dużo więcej strachu i obaw, gdy stolice dawnych województw traciły swój status, bo i pieniądze przestały płynąć wartkim strumieniem. Bardzo obawiała się na przykład Częstochowa. Niestety całkiem słusznie. Znam to miasto całkiem dobrze i obecnie zupełnie mnie się nie podoba. Ta książka traktuje o ludziach i właśnie ludzie i ich historie są najważniejsi. Są w niej historie pisane czerwonym atramentem Chodzi tu o ludzi, którzy pomimo niesprzyjających czasów robią swoje i przekształcają swoją przestrzeń i przestrzeń swoich miast na lepsze. - " To ze Slavoja Zizki. Podczas Occupy Wall Street powiedział, że czerwony atrament symbolizuje język, którym można wyrazić,że jest zupełnie inaczej, niż się wszystkim wydaje,że jest."
A zatem reasumując W Nowym 2025 Roku Zdrowia, Weny, Dbania o Siebie pod każdym względem, a także troski o innych oraz Historii pisanych czerwonym atramentemDziękuję Wam bardzo, bardzo za czytanie, zaglądanie i komentowanie. Dziękuję Joli z bloga " Hafty na wierzbie za życzenia i list. MaB, Joannie,Hani, Monice z bloga DOBRYCAOCH za życzenia. Sivce za troskę. Dziękuję z całego serca. Pozdrawiam i wkrótce wyruszę zobaczyć co u Was słychać.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)